Samaipata – mój boliwijski mąż

3 godziny drogi od Santa Cruz, pomiędzy górami porośniętymi kawą i winoroślą położone jest małe miasto Samaipata. To idealne miejsce na ucieczkę od rzeczywistości, którą  tak bardzo lubię. Nabil postanowił dotrzymać mi towarzystwa. Już w taksówce okazało się, że nie tylko my postanowiliśmy tak uczynić.  Zrobiło tak jeszcze kilkuset Niemców, którzy znaleźli sobie schronienie w okolicznych górach, uciekając z kraju w okresie Nazizmu. W Samaipata wszyscy są przyjezdni, tutaj w zgodzie żyje 25 różnych narodowości/boliwijskich szczepów.

Z czego żyją wszyscy przyjezdni? Każdy znajdzie sobie jakieś zajęcie. Większość żyje z rolnictwa, teraz szczególnie z planacji kawy, gdzie zwęszono łatwe pieniądze. Sadzi się tam również jabłonie i kokę, choć ta ostatnia nie jest legalna w tym rejonie. Pozostali z turystyki bądź handlu, bo Samaipata leży na starym szlaku wiodącym z Santa Cruz do Sucre – boliwijskiej stolicy. Poza dobrą lokalizacją turyści przyjeżdżają tam, aby wybrać się do położonego tuż za miedzą parku narodowego, zobaczyć ruiny, wybrać się na wodospady bądź po prostu pojeździć na rowerach po okolicznych górach.

W Internecie zarezerwowaliśmy sobie, jak nam się wtedy wydawało, całkiem ładny pokój w hostelu z basenem. Po przyjeździe okazało się, że nasz pokój znajdował się w namiocie a po basenie nie było nawet śladu.  Byliśmy podróżnikami, więc nie przejęliśmy się za bardzo tą nieścisłością i zawarliśmy przyjaźń z Niemcem, który był właścicielem hotelu. W zamian dostaliśmy rady jak bezpłatnie i łatwo zwiedzić okoliczne atrakcje.

Idealnym miejscem na zjedzenie obiadu, był miejscowy market. Jak zwykle- brudno, tanio i pysznie. Miałam już swój boliwijski przysmak, za który zapłaciłabym wtedy każdą cenę mieszczącą się w granicy rozsądku – to empanadas con quejo – cos podobnego do pierogów z serem, smażonych na głębokim oleju, posypane cukrem pudrem. Pycha!  Tym razem jednak zjadłam zupę zostawiając empanadas na kolację.

 

DSC_21082– Pyszna ta zupa, a Państwo codziennie tu przychodzicie? Wcale się nie dziwię, jak jedzenie takie dobre – zaczął swoje dyskusje Nabil jak zwykle próbując zjednać sobie miejscowych.

Już pierwszego dnia postanowiliśmy zobaczyć Ruiny. Mogliśmy pojechać tam taksówką, bądź wybrać się na półtoragodzinny spacer pod górę. Potrzebowałam sportu. Droga nie była łatwa, ale za to widoki na okoliczne góry oraz konwersacja z Nabilem rekompensowały trudy dostania się do ruin. W tym czasie dowiedziałam się jak wyglądało jego życie w Azjii, Hiszpanii, i Ameryce. Wypytałam również o normalne, boliwijskie życie.

– opowiedz o sytuacji, kiedy czułaś się zawstydzona – powiedział nagle N.

Popatrzyłam na niego ze zdziwieniem – nic nie przychodzi mi do głowy, najpierw Ty opowiedz – odpowiedziałam.

W taki oto sposób dowiedziałam się jak kilkuletni Nabil bawiąc się z kuzynami w ganianego wpadł nago do pokoju w którym mieli być sami kuzyni, a była zabrana cała rodzina krzycząc  – lala lal, już się z Wami nie bawię.

Po opowiedzeniu tak wstydliwej przygody, wszystkie lody zostały przełamane. Pół godziny później byliśmy już mężem i żoną.

Doszliśmy do Ruin. Fuerte de Samaipata to pozostałości po jakimś religijnym obiekcie, zmienianym przez wieki przez kulturę Inków, chanes i hiszpańską.

Bilet dla Boliwijczyków 10 pesos, dla obcokrajowców 50! –Słucham? – dlaczego zawsze musze płacić potrójnie-  oburzyłam się jak zwykle widząc w tym wielką niesprawiedliwość.

– nie odzywaj się teraz – popatrzył na mnie Nabil z uśmiechem – zaraz to załatwię.

Podszedł do kasy prosząc o dwa bilety dla Boliwijczyków. Oczywiście musiał pokazać dwa dokumenty. Wyjął swój dowód i popatrzył na mnie puszczając oko– kochanie, czy wzięłaś ze sobą swój nowy boliwijski paszport? – zapytał.

Pokiwałam przecząco głową nie do końca rozumiejąc jego pytanie. –Dopiero co wzięliśmy ślub, żona jeszcze nie przyzwyczaiła się do noszenia przy sobie nowego paszportu – wyjaśnił kasjerce, która ze zrozumieniem dała nam dwa bilety dodając z troską– tylko niech  pamięta o nim na przyszłość, bo w razie wizyty u lekarza może mieć problemy.

Zabraliśmy bilety i wyruszyliśmy za bramę, by tam spokojnie wybuchnąć śmiechem. – chyba zabiorę Cię w dalsza podróż mój mężu, a jeśli ze mną nie jedziesz, to żądam rozwodu – zażartowałam sobie z  Nabila. Jednak  nasze małżeństwo nie poszło w zapomnienie ponieważ od tego momentu, w każdej taksówce, przy negocjacji noclegów czy innych rzeczy opowiadałam o moim boliwijskim narzeczonym, chłopaku, mężu, który akurat musiał zostać z chorą matką. Zawsze cena szła w dół, i to bardzo w dół.

DSC_21181

IMG_00172

IMG_00541

IMG_01012

IMG_003612

 

One thought on “Samaipata – mój boliwijski mąż

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *