Saint Lucia- Pitony, wulkany i jazda na pace

No, nareszcie nie pada. Jak nie pada, to zdobywamy wulkan.
Wulkan znajdował się na przeciwległym końcu wyspy. Pojechaliśmy do niego kilkoma taksówkami podziwiając piękne górzyste widoki. Cena za jazdę jednak była wygórowana, jak tylko wysiadłam z ostatniej taksówki usiadłam na najbliższym trawniku modląc się w duchu, żebym nie wymiotowała. Zakręty były dla mnie zabójcze.
Dojechaliśmy do Soufriere, miasteczka położonego pod samymi Pitonami. Na Saint Luci są ich aż dwa: duży Piton i Mały Piton. Co prawda ten duży ma tylko 777 m wysokości, ale i tak wygląda okazale. Przez chwilę myśleliśmy, że Pitony to wulkany i zawzięcie postanowiliśmy je zdobyć.
 
Jak się okazało, wulkan jest, ale nie tam. Trzeba wziąć jeszcze jedną taksówkę.
Na Saint Lucię wzięłam tylko moje wakacyjne sandałki: jak ja wejdę w nich na wulkan- pomyślałam ze strachem. Wejdę. Tak bardzo chciałam zobaczyć prawdziwy wulkan. Ten na Martynice był oszukany bo nie ma krateru. Tu na pewno będzie. Podjechaliśmy pod miejsce, gdzie miał być wulkan. Straszny smród. To siarka wydobywająca się z krateru. Co rusz podjeżdżały taksówki z turystami. Wstęp płatny i to nie mało: 25 dolarów za osobę. Tylko nie mamy gotówki. Wyjęliśmy nasze wszystkie dolary karaibskie, amerykańskie i euro które miałam schowane gdzieś głęboko. Zapłaciliśmy w trzech walutach. Idziemy. Za bramą mijamy tłumy tarzające się w cudotwórczym błocie. My dziękujemy. Z Izraela pamiętam, że błotko na nic nie pomaga, a za cholerę nie można go później domyć. Wchodzi w każde zagłębienie ciała.
 
 
Idziemy dalej, przygotowani na zbliżającą się wspinaczkę. Mijamy jakieś zbocze z którego wydobywa się dym. Za chwilę okazuje się, że my już jesteśmy już na wulkanie. Co?! To po co płaciliśmy tyle kasy? Żeby przespacerować się przez dwie minuty? W cenie biletu była Pani przewodnik opowiadająca o siarkach i całej historii wulkanu. Znów czuję się oszukana. Miał być wulkan, a  my nawet nigdzie się nie wspięliśmy. Beznadziejnie.
To może wejdziemy chociaż na piton. Może byśmy weszli, gdyby przewodnik nie kosztował 80 dolarów za osobę, a bez przewodnika nie można bo podobno niebezpiecznie.
 
 
Zawiedzeni wracamy do miasta. Tym razem stopem bo kasy w portfelu już nie ma i żadnego bankomatu też nie. Widząc ludzi jeżdżących na pakach samochodów, ja też o tym zamarzyłam. Ale jak tu złapać furgonetkę jak jeden samochód przejeżdża na 3 minuty z czego co drugi to taksówka?  Złapaliśmy jakiegoś zwykłego SUVa. Nie będziemy narzekać. Kierowca podwozi nas na plaże, na której tak naprawdę nawet piachu nie  było. Chcemy jechać dalej. Stoimy na drodze z wyciągniętym kciukiem. Zdecydowana większość przejeżdżających samochodów to taksówki. Jest ich więcej niż jakichkolwiek innych. Co kilka minut przejeżdża jakiś inny, ale żaden się nie zatrzymuje.
 -Dlaczego nie złapiecie taksówki?- pyta jakiś chłopak. – bo nie mamy pieniędzy- usiłujemy mu wytłumaczyć. – nie macie, nie wierzę Wam- mówi mało uprzejmie. To skąd mieliście pieniądze na bilet?- dogryza i odchodzi.
Dopiero teraz zauważyłam, że wyspa nie jest przyjazna dla ludzi bez kupy szmalu. Każdy chciałby nam coś sprzedać: banany, tenisówki, wycieczkę na wodospady. Za chwilę mały chłopiec podchodzi i prosi o dolara. Nie myślą o zwykłej ludzkiej uprzejmości. Żeby komuś po prostu pomóc. Na szczęście nie do końca tak jest. Za chwilę zatrzymuje się samochód. Ojciec z synem. Jadą tylko kawałek dalej ale chętnie nas podwiozą. Ojciec zobaczył wielki uśmiech Damiana i chętnie się zatrzymał. Wszędzie istnieją dobrzy ludzie, trzeba tylko umieć przekonać ich do siebie.
 
Podwożą nas do jakiejś małej miejscowości. Postanowiliśmy nie jechać dalej tylko chwilę w niej odpocząć. Idziemy na plażę. Mijamy małe, kolorowe walące się domki, pełno śmieci i mnóstwo oczek przyglądającym się nam z uwagą. Na malenkiej plaży gromadka nagich chłopców kąpie się w wodzie.  Nie czujemy się tu mile widziani. Jednak wracamy na drogę.
 
Nie mieliśmy siły i głód zaczął nam doskwierać. Usiedliśmy na przydrożnym murku i wyjęliśmy bułki. Z balkonu jakiegoś domu machały nam dwie dziewczynki. Ledwo ugryzłam kawałek bułki, zobaczyliśmy nadjeżdżająca ciężarówkę. Taką, o jakiej właśnie marzyłam. Na pace wiozła dwóch chłopców. On nas podwiezie- krzyknął Damian i szybko wyciągnął kciuka w jego stronę. Samochód stanął. W biegu, z nadgryzionymi bułkami w dłoniach wspinaliśmy się na jej pakę. Moje kolejne marzenie zostało spełnione.
 
Rzuciliśmy nasze plecaki gdziekolwiek i szybko musieliśmy z całej siły złapać się burty. Kierowca jechał jak szalony. Przy nim kierowcy taksówek to pikuś. Ten wyprzedzał wszystkie napotkane samochody nie zważając na to, że jesteśmy na górzystych drogach. Kilka razy czułam, że wylądujemy na przydrożnym słupie. Musiałam trzymać się z całej siły. Było super. Z tej perspektywy wyspa wydawała się jeszcze bardziej dzika i piękna. Z góry wyraźnie było widać niezadbane wioski położone na pięknych zboczach. Gdy zjechaliśmy już z gór kierowca zwolnił. Dopiero wtedy odważyłam się wyjąć kamerę. Chcecie zobaczyć jak się jechało? Zapraszam.

 

Wysiedliśmy w Castries. Zrobiliśmy zakupy i postanowiliśmy znów iść na stopa. Nadal nie bylśmy w bankomacie. W kieszeni mieliśmy 3 karaibskie dolary. Za mało, żeby jechać taksówką. Stanęliśmy na drodze wyjazdowej i z uśmiechem na ustach zaczęliśmy łapać stopa. Co chwila zatrzymywały się taksówki. Kierowcy słysząc, że nie mamy pieniędzy bez słowa odjeżdżali dalej. Przechodnie co rusz chcieli nam pomagać w złapani… taksówki. Ale my nie mamy pieniędzy. Wyjaśnialiśmy uparcie. Był upał. Nie miałam siły stać, a żaden dobry człowiek nie chciał się zatrzymać. To były godziny szczytu, więc wszyscy jechali w korku. Każdy z nich widział nas stojących na przystanku. I nic.  Chciałam już iść do bankomatu. Tylko gdzie on jest? Pewnie gdzieś daleko.
 Za chwilę znów zatrzymał się kierowca taksówki. Mamy tylko trzy dolary. Popatrzył na nas z niedowierzaniem. -Wsiadajcie- powiedział- i tak jadę w tamtym kierunku.
Nie mogliśmy w to uwierzyć. Znów spotkaliśmy dobrą duszę. Kierowca był bardzo ciekawy naszych wypraw i podziwiał nasz sposób podróżowania. Przecież to nie sztuka jechać gdzieś z wypchanym portfelem. Sztuką jest jechać bez kasy i umieć cieszyć się każdą chwilą. My właśnie opanowaliśmy tę sztukę. Kierowca podwiózł nas do Gros Islet. Na pożegnanie chcieliśmy dać mu trzy obiecane dolary. Nie wziął. Życzył nam dużo szczęścia. Wiedzieliśmy, że mamy go aż nadto wciąż spotykając dobrych ludzi.
Zostawiamy rzeczy w hotelu i znów idziemy na plażę. Pływamy przy cudownym zachodzie słońca. Dzień bez pływania to dzień stracony. 
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *