Saint Lucia- Gros Islet

Otworzyłam oczy. Sufit kilkanaście centymetrów nad moją głową. Nie musiałam sobie przypominać, gdzie się znajduję. Dobrze wiedziałam. To nadal łódź. A tak  bardzo chciałam, żeby ktoś teleportował mnie w inne miejsce. Jakiekolwiek, oby tylko na lądzie. Nic z tego. Nadal bujało, tylko lżej. Wygramoliłam się z kajuty, mając nadzieję, że wszyscy czekają na naszą pobudkę i za kilka minut znajdziemy się  na lądzie. Niestety, wszyscy poza nami balowali do trzeciej nad ranem śpiewając pirackie piosenki. Nikt nie miał ochoty wstawać tak wcześnie. Bo po co? W końcu tu czas płynie inaczej.  Tak błogo, bez pośpiechu i obowiązków. Uciekli od realnego życia: szefa trującego nad głową, służbowych obowiązków, rodziny, opłat za czynsz i podatków… Ach, jak im dobrze.
Sofie niedawno dostała wypowiedzenie z pracy. Jakoś się tym nie przejmuje. Spakowała torbę i wyruszyła szukać szczęścia. Zamierza przepłynąć Atlantyk co jakiś czas zatrzymując się by trochę popracować. Można? Można! Wystarczy tylko chcieć.
Czekaliśmy na pokładzie przyglądając się, jak ekipa odbywa rytualną kąpiel w morzu. Zamiast prysznica wskakują do wody i już. Co już? Przecież morska woda śmierdzi. Może dla nas, ale dla nich to super zabawa.
Nareszcie wstał kapitan. Schodzimy do pontonu. Płyniemy. Znów buja. O nie!
Już z wody wyspa wyglądała na bardziej kolorową i dziką niż Martynika. W nocy słyszeliśmy muzykę dobiegającą z pobliskiego pubu. Teraz oglądamy przybrzeżne chatki zbite z kilku desek i jakiejś strzechy. Kilkaset metrów dalej, w porcie zacumowane luksusowe jachty za kilka milionów dolarów. Dużo. Co za zestawienie. Biedy i luksusu. Wszystko funkcjonuje obok siebie nie gryząc się za bardzo. Tak, jak by idealnie ktoś to zaplanował.
Schodzimy na ląd. Jesteśmy w Gros Islet. Nadal kołysze. Zamawiam kawę w portowej knajpce. 6 dolarów. Dobrze, że mamy amerykańskie, bo nimi też można płacić. Cieszymy się, mając nadzieję, że przelicznik jest taki sam. Żegnamy się z załogą i idziemy upolować coś do jedzenia.
Zdecydowanie wolałabym polować niż kupić coś w sklepie. Patrzymy na ceny. Masakryczne. Miało być taniej niż na Martynice a zwykły dżem kosztuje 8 dolarów. 8*3 to 24 zł. Strasznie drogo. Chyba przejdziemy na dietę.
Kupiliśmy składniki na śniadanie i zapłaciliśmy kartą. Ze świadomością, że wyczerpaliśmy prawie cały dzienny budżet idziemy zjeść śniadanie na plaży.
Dopiero teraz zobaczyłam jak tu pięknie. Szliśmy uliczkami przy których stały małe, kolorowe domki. Samochody wciąż na nas trąbiły. To taksówkarze. Nie dlatego, że im przeszkadzaliśmy. Chcieli poinformować nas, że są i chętnie nas gdzieś podwiozą.
Główna ulica w Gros Islet to słynne miejsce, gdzie odbywają się piątkowe imprezy. Nie trudno było się tego domyśleć widząc sprzęt muzyczny stojący gdzieś pod domami.
 
 
Doszliśmy na plażę. Leniwie zjedliśmy bułki z dżemem zapijając mlekiem. Wciąż było nam niedobrze. Poleżeliśmy trochę nie martwiąc się o upływający czas. Nie mieliśmy noclegu i nawet nie staraliśmy się go znaleźć. Na hotel raczej nas  nie stać, a z coutchserfingu nikt nie odpowiedział. Zawsze możemy spać na plaży. Tym razem to było bardzo realne. Wiedzieliśmy jedno. Na łódź na pewno nie wrócimy.
W oddali zobaczyliśmy hotelowe, zadbane plaże. Poszliśmy tam z nadzieją, że pozwolą nam popływać. Nie było problemu. Zostawiliśmy nasze rzeczy w jakimś szałasie służącym za daszek dla ochroniarza i zatopiliśmy się w wodzie. Cudownie ciepłej i przejrzystej wodzie. Bez żadnych zmartwień o to co będziemy jeść i gdzie spać. Przecież jesteśmy na wakacjach. Jakoś sobie poradzimy. Witaj przygodo.
 
Gdy pływanie nam się znudziło, pomyśleliśmy o znalezieniu jakiegoś noclegu. Podeszliśmy na kawałek publicznej plaży, aby tam założyć ubrania. Nie spieszyliśmy się. Zastanawialiśmy się co dalej zrobić. – Ach, żebyśmy spotkali kogoś takiego jak Jerry. Kogoś kto zaprosi nas do domu- powiedział Damian.  Usiedliśmy na ławeczce. Za chwile podjechało małżeństwo pytając nas czy długo tu zostaniemy. Z samochodu wyjęli krzesła turystyczne i zaczęli czytać. Zagadali do nas. Powiedzieliśmy, że właśnie przypłynęliśmy, że nigdy więcej na statek i że chyba będziemy spać na plaży.
Oni w zamian poradzili nam co zobaczyć. – uważajcie tylko na pieniądze, żeby Was gdzieś nie oszukali- mówi mężczyzna- nie płacicie przypadkiem w dolarach amerykańskich, bo to przelicznik 2,1 do naszych karaibskich dolarów- doradza.
Co? Popatrzyliśmy po sobie. Przecież dzisiaj płaciliśmy w amerykańskich. No to się nacięliśmy. Pocieszające było jednak to, że aż tak strasznie drogo wcale tu nie jest.
Małżeństwo było bardzo sympatyczne. –Masz czas?- zapytał mężczyzna żonę. Ona jakby wiedząc o co mu chodzi pokiwała z uśmiechem głową. Wsadzili nas do samochodu i wozili dotąd, aż udało nam się znaleźć nocleg. Dobrzy ludzie są wszędzie, trzeba tylko w to wierzyć. My wierzyliśmy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *