Powrót na Martynikę

Dziś Wielki Piątek, jedyny piątek w roku w który nie odbywają się słynne imprezy na Sant Luci. Czas wracać na Martynikę. Ale jak?
Jak sprawdziliśmy ceny promów z Castries do La Marin to opadło nam wszystko co mogło opaść. 100 euro od osoby! Za 20 mil. To chyba jakiś żart.
Jakby tego było mało, to na samą myśl o pływaniu już robiło nam się niedobrze. Postanowiliśmy poszukać innej opcji. Sprawdziliśmy nawet bilety lotnicze ale nie było nic w przystępnej cenie. Jakoś wrócić musimy.
Na pożegnanie właścicielka hotelu życzyła nam dużo szczęścia i opieki Boga.  Mówiła, że się przyda, jeśli chcemy  spontanicznie znaleźć kogoś kto weźmie nas na łódź. Przydała się. W Marinie nie było tłumów. Wszyscy osiedli już gdzieś na  Święta. Tylko jedna łódka płynęła na Martynikę ale jej kapitan nie zgodził się nas wziąć.  Może i lepiej bo była to malutka żaglówka którą na pewno ocean targał jak małą szmacianą lalką. Za nic nie weszłabym do niej. Na szczęście okazało się, że z Gros Islet płynie prom. Prom, czyli szybka motorówka która w godzinę trzydzieści dociera na miejsce. I cena całkiem przystępna 60 euro od osoby. Mieliśmy tylko 100 euro, ale kapitan zgodził się poczekać aż na Martynice pójdziemy do bankomatu. Bierzemy. Byliśmy jedynymi pasażerami.
 
To tylko godzinka z kawałkiem, racjonalizowałam sobie w głowie konieczność wejścia na łódź. Zanim weszłam już było mi nie dobrze. Od rana prawie nic nie jadłam. Nie chciałam znów… Wspomnienia z ostatniego żeglowania wciąż były żywe. Za namową kapitana usiedliśmy na końcu łodzi, gdzie powinno najmniej bujać. Jeśli tam było mniej, to nie chcę wiedzieć jak było na środku. Siedzieliśmy i patrzyliśmy na oddalający się ląd. Byliśmy od niego coraz dalej. Nie odważyłam się spojrzeć w przód żeby sprawdzić jak daleko do Martyniki. Przez cały czas nawet nie zmieniłam pozycji. Siedziałam i patrzyłam. W duchu modliłam się, żeby to się skończyło. Jak mi było niedobrze. Powstrzymywałam się przed wymiotowaniem.  Już wiem, że motorówkami też nie mogę pływać.
Dopłynęliśmy. Z litości nad nami Kapitan spuścił nam 20 euro.  Wyszliśmy z łodzi. Położyłam się na najbliższym skrawku ziemi. Dzisiaj już z niej nie wstaję. Jak to dobrze, że już nigdzie nie musimy płynąć.
 
W końcu wstałam. Złapaliśmy stopa do Sant Ane i pozostałą część dnia leżeliśmy na plaży. Na Wielkanoc rodziny tłumie przybyły na plażę rozbijając swoje namioty i zajadając się krabami. A my w ramach postu jedliśmy bułki i ogórki. Ale były pyszne. Smakowały mi jak nigdy przedtem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *