Porto – mój urodzinowy prezent

Czasami warto wyjść przed szereg i samemu zrobić sobie jakiś prezent. Szczególnie kiedy kończy się wyjątkowy wiek, Przecież tylko raz ma się 25 lat. 25 pięknych lat z których naprawdę mogę być dumna, ale nie poprzestając na laurach zamierzam dalej spełniać marzenia i przeżyć życie tak, by było wyjątkowe, by cieszyć się z każdej pięknej chwili, z każdego promyka słońca i każdego uśmiechu nieznajomej osoby. By otworzyć się na ludzi i świat, na nowe wyzwania. By zawsze pamiętać o rzeczach najważniejszych, jak Bóg i rodzina, by kochać…
 
Bilet do Porto był właśnie moim własnym urodzinowym prezentem.
Organizacja wyjazdu odbyła się na wariackich papierach. W tym samym czasie szukałam nowego pokoju, noclegu w Porto, pakowałam dwa oddzielne bagaże. O 13 zmieniałam mieszkanie a o 17 byłam już na lotnisku i jeszcze do tego kolejne hiszpańskie przeziębienie. Bardzo krótki lot z niesamowitym bólem głowy (nie polecam nikomu latać z katarem i zatkanym nosem). Zmiana czasu o godzinę i już…
 
Jestem na miejscu.
 
Lotnisko w Porto, to jedno z najładniejszych lotnisk jakie widziałam. Od razu po wejściu na halę zaskoczył mnie widok zdjęć miasta umieszczonych na podłogach … Przy wyjściu Pani rozdająca mapy. Najwidoczniej turystów tu nie brakuje.
Na lotnisku czekał już na mnie Nelson, mój tutejszy gospodarz.  Miał chwilę wolnego, więc postanowił podrzucić mnie do swojego mieszkania, które okazało się być niesamowitym apartamentem w samym centrum miasta. Jego mieszkanie, znajdujące się na poddaszu, nad jednym z jego pubów. Ma w sobie niesamowity klimat. Pozostawione oryginalne schody i ozdoby sprzed 200 lat połączone z całkowitą nowoczesnością. Do tego ogromny taras z widokiem na centrum. Było naprawdę piękne.
 
widok z tarasu na Igreja e torre dos clérigos
Igreja dos Carmelitas
 
Pierwszy wieczór spędziliśmy rozmawiając o życiu, pasjach, ludziach… O wszystkim, o czym można porozmawiać ze starym przyjacielem sprzed lat. 
O normalnej tutejszej porze, czyli po  22, poszliśmy na kolację. Zamówiłam tradycyjną portugalską potrawę Franchesina, które była tostem z chleba przełożonym najróżniejszymi rodzajami mięsa i kiełbasy, obłożonym żółtym serem, zapieczonym i włożonym do sosu. Wszystko wyglądało jak zupa z kanapką w środku. Do tego białe, portugalskie wino. Pycha.
 
Po kolacji poszliśmy zobaczyć puby Nelsona. Puby to taka cząstka, którą daje znajomym i przyjezdnym. Bez żadnej reklamy mają się bardzo dobrze.  
Według mnie bardzo fajne, niekomercyjne miejsce ze świetną, wiecznie uśmiechniętą obsługą podającą alkohole po niewygórowanych cenach. Ich kolejną zaletą jest muzyka.  Jak mówią jego przyjaciele, to najlepsze miejsce w Porto do posłuchania muzyki.
Dla mnie nie tylko do posłuchania, również do poznania nowych znajomych. Portugalczycy są bardzo uprzejmi, otwarci i bardzo dobrze mówią po angielsku. Być może to za sprawą napisów w telewizji. Żaden anglojęzyczny film nie ma doublingu, tylko napisy!
 
W swoich pubach Nelson często organizuje wystawy zdjęć. W jednym z nich stoi pudełko do którego każdy może włożyć swoje zdjęcie i wybrać sobie jedno dla siebie. Ja żadnego nie włożyłam, ale za to dostałam jedno. Moją pierwszą pamiątkę z Porto, która już dziś zawisła nad moim biurkiem – tak, abym w każdej chwili mogła na nią spojrzeć.
 
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *