Mediolan – sztuka, która nie jest sztuką

Obudziłam się po wylądowaniu. Jesteśmy w Bergamo. Ostatnia wysiadłam z samolotu. Trzeba jakoś dojechać do Mediolanu. Na lotnisku kilka okienek ze sprzedażą biletów. Podeszłam do pierwszego lepszego. Kupiłam bilet w obie strony, bo przecież wiedziałam, ze jutro mam lot do Polski. Wyszłam przed lotnisko szukając właściwego autobusu. Ten nie, ten też nie, to chyba tam, gdzie jest pusty przystanek. Tylko jakoś dziwnie nikt na nim nie czeka. Po 15 minutach bezskutecznego, samotnego oczekiwania postanowiłam zapytać. Podeszłam do obsługi innych linii. Pan popatrzył na mój bilet i kazał iść za sobą na lotnisko. – Przecież nie zrobiłam nic złego – pomyślałam, potulnie maszerując na lotnisko. Pan podszedł do okienka, w którym wcześniej kupiłam bilet i kazał kierowcy oddać mi pieniądze. Nie wiedziałam o co chodzi. Dostałam zwrot pieniędzy i zostałam zaprowadzona do okienka, w którym musiałam kupić nowy bilet. Na szczęście tym razem, autobus już czekał i mogłam spokojnie pojechać do Mediolanu. Zajęłam tylko miejsce na siedzeniu i od razu zasnęłam.
Obudziłam się już w Mediolanie. Po 2 godzinach jazdy! A miałam jechać 40 minut. Czyżbym przespała swój przystanek? Niemożliwe.
Wysiadłam na dworcu. Tak jakoś… hmm. Nieciekawie? Dworzec był przepiękny, ale zdecydowanie zniechęcały mnie tłumy ulicznych sprzedawców usiłujących wcisnąć chińszczyznę. I to w Mediolanie? Nie sądziłam, że właśnie tak zostanę przywitana przez stolicę mody.
Wyjęłam kartkę z dokładną rozpiską dojazdu do mojego znajomego. Lucke poznałam w Londynie 3 lata temu. Kolejny „londyński” znajomy. Ta wizyta to dowód na to, że nigdy nie wiadomo, kiedy odwiedzę znajomych sprzed kilku lat.
Bez trudu podążałam za stworzonymi przez niego wskazówkami i dotarłam do przepięknej kamienicy, w której mieszkał wraz z swoimi 4 kolegami. Z plecakiem wdrapałam się na 3 piętro i z niepewnością zadzwniłam do drzwi. W końcu nie wiedzieliśmy się od 3 lat, a ostatnie wspólne wspomnienia mamy pijąc wino w londyńskim High Park’u.
Faktycznie, trochę się zmienił z wyglądu, ale osobowość pozostała ta sama. Od razu przywitał mnie jak dawno niewidzianą znajomą, oprowadzając po mieszkaniu, poznając ze współlokatorami, częstując obiadem i długo plotkując.
Po lunchu czas na prysznic, chwilę drzemki i wyszliśmy zobaczyć miasto. Ja i 3 Włochów za przewodników. Czego można chcieć więcej? Włoskiego piwa…
Mediolan to ładne miasto, ale tak naprawdę nie zachwyciło mnie niczym. Niby ładne budynki, ulice wyłożone kostką brukową, zabytkowe tramwaje i dużo się dzieje, ale co z tego, skoro to wszystko dopełniają kompletnie nie pasujące do tego ekskluzywne sklepy i wielkie reklamy umieszczone w każdym możliwym miejscu. Trochę tak, jakby niczym nie naruszoną od wieków sztukę ktoś chciał ubarwić nowoczesnością. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *