Martynika- Rivier Pilote, czyli salsa na żywo

Niedzielne śniadanie jak zwykle zjedliśmy z  Philipem na jego tarasie. Uwielbiam ten taras. Jest on taką małą utopią z widokiem na ogród. Ogród odgrodzony jest wysokim, betonowym płotem porośniętym pędami. Tak, że nikt nieproszony na pewno tu nie zajrzy. Nie jest duży, ale za to znalazło się miejsce dla drzew pomarańczowych, bananowych i jeszcze jakichś innych całkiem mi nieznanych. Świeże owoce zawsze pod ręką. W kącie stoi mała szopka, po której codziennie ganiają się nasi już dobrzy znajomi: dwie zielone jaszczurki, duża i mała. To zawsze ta duża goni małą ale jeszcze nigdy jej nie złapała. Nad tarasem latają ptaki nucąc swoje melodie, przelatują nam nad samymi głowami.  Czasami po ogrodzi przebiegnie szczur, nieświadomy naszego istnienia. Taras jest zadaszony, więc bez względu na pogodę zawsze możemy na nim usiąść i nasłuchując dźwięków przyrody  zatopić się w rozmyślaniach i rozmowie.
 
Dzisiaj pakujemy się i jedziemy do naszego drugiego gospodarza: Ricardo. Mamy z nim podróżować  łodzią.  Wychodząc, Philip życzył nam powodzenia i dużo cierpliwości, bo podobno strasznie trudno będzie złapać stopa w niedziele. Na szczęście nie miał racji. Po trzech minutach byliśmy już w samochodzie.
 
nie ważne, czy w kasku, czy bez, byleby jechać….
 
Chcieliśmy jechać do Le Marin, głównego portu na wyspie. Nasz samochód dojeżdżał kilka kilometrów tego miejsca: Rivers Pilote. Mamy jeszcze czas, może pójdziemy na plażę. Wyruszyliśmy w stronę brzegu, szliśmy jakąś boczną drogą podziwiając drzewa z korzeniami na wierzchu i tysiące krabów które chowały się na nasz widok. Doszliśmy do miejscowości, szliśmy w dół i w górę a plaży nie było. Jakiś mężczyzna minął nas na motocyklu a później zatrzymał się pod domem. Zapytaliśmy o plażę. Wskazał nam kierunek. Po chwili kierowca motocykla dogonił nas i zaprosił do siebie. – Jak będziecie wracać, wstąpcie do mnie pogadać. Będzie mi bardzo miło- zaprosił uprzejmie. Chętnie wstąpimy
Plaża w Rivere Pilote to typowo miejska plaża. Bez setek turystów, obnośnych sprzedawców i plażowych barów. Były tam głównie rodziny z małymi dziećmi spędzające niedzielne popołudnie. No i my. Poleżeliśmy, popływaliśmy-czas wracać.
 
Postanowiliśmy znaleźć dom tajemniczego mężczyzny. Przy wyjściu z plaży, na wzgórzu stoi mała niebieska restauracja i przed nią zobaczyliśmy naszego „znajomego” . Pomachał do nas zachęcająco. ….. miał ok. 60 lat, a może 50. Ciężko powiedzieć, ponieważ miał długie, siwe co na pewno go postarzało. Pochodzi z Portugalii ale od 11 lat mieszka na Martynice. Wcale nie jest szczęśliwy z tego powodu. To praca go tu pchnęła. Jaka? Tego nie chciał powiedzieć. Prawdopodobnie tworzy muzykę, bądź żyje ze sprzedaży muzyki.
Restauracja była małą miejscową knajpką. Nie byłoby w niej nic szczególnego, gdyby nie kilku starszych panów. Starsi Panowie to muzycy grający salsę na żywo. Taką najprawdziwszą kubańską salsę. Do tego miejscowi tańczący na parkiecie. Nie mogłam w to uwierzyć. Tak bardzo chciałam potańczyć a tu nie dość, że mamy salsę to jeszcze graną na żywo. A jednak marzenia się spełniają. 
miejscowy muzyk
 
Tańczyliśmy, piliśmy piwo i było wspaniale, jednak trzeba było wyruszyć do naszego nowego gospodarza.
Jery nie pozwolił nam tak po prostu odejść, koniecznie chciał nas odwieźć. Poszliśmy z nim do domu w którym mieszka sam. -Jeśli jednak nie popłyniecie, to możecie zostać tutaj.- Serdecznie nas zaprosił. Dziękujemy, ale jednak chcielibyśmy zobaczyć inne wyspy. No i ciągnęło nas do łodzi, w końcu jeszcze nigdy nie pływaliśmy.
Jery podwiózł nas swoim samochodem na spotkanie z naszym nowym żywiołem: łodzią.
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *