Martynika- płyniemy na St Lucię: choroba morska

Pierwszą myślą po obudzeniu było: spało mi się super, chyba nie mam choroby morskiej. Jak ja się wtedy cieszyłam, że kilka kolejnych dni szczęśliwie będę mogła spędzić na łodzi.
Pamiętaliśmy o wczorajszej wiadomości od Carla i biorąc z łodzi wszystkie nasze rzeczy wyruszyliśmy na jego poszukiwania. Telefon nadal nie odpowiadał, więc postanowiliśmy czekać na niego w biurze. Przecież będzie musiał się wymeldować. Problem polegał  na tym, że Carl nie napisał w którym dokładnie biurze będzie. Co prawda na Martynice to właśnie była główna marina, jednak coutchserfing wskazywał jego lokalizację w całkiem innej części wyspy. Zapomnijmy o nim, jakoś sobie poradzimy. Nie poddaliśmy się, pytaliśmy wszystkich którzy przychodzili do biura, czy płyną na południe. Nikt nie płynął.
Przed biurem poznaliśmy Sofie, która czekała na swojego znajomego. Okazało się, że on płynie na St Lucie. Byłoby super, jakby zgodził się nas wziąć. Jej znajomy jednak spóźniał się. Miał być godzinę temu i jeszcze go nie ma. My niestrudzenie szukamy łodzi, która nas zabierze. Dyskutujemy z jakimś mężczyzną i za placami słyszymy głos: Damian? – słychać pytanie. To był Carl. Odczytał naszego smsa. Okazało się, że Sofi też  na niego czekała. Tylko jakoś nie zgadaliśmy się, że czekamy na tą samą osobę.
Carl to typowy Amerykanin goniący za marzeniami. Jakiś czas temu kupił sobie starą łajbę i pływa nią po morzach i oceanach. Znalazł sobie swoją ekipę majtków, którzy chcąc uciec od rzeczywistości zaciągnęli się do niego do służby. Żeby było ciekawiej, co jakiś czas bierze na pokład kogoś nowego, tak dla urozmaicenia rzeczywistości.
Statek Carla pochodzi z 1935 roku, wygląda jak wyjęty z „Piraci z Karaibów„. W zestawieniu z żaglówką Ricardo, ten statek jest olbrzymi. Pod pokładem są kajuty które swobodnie pomieszczą kilkanaście osób. Do tego kuchnia z jadalnią. Nigdzie nie trzeba się schylać, wszystko normalnych wymiarów. Tylko wszędzie wystające jakieś metalowe pręty i uchwyty o które nabiliśmy sobie kilka siniaków. Wszędzie liny, pręty i dziwne przyrządy. Każdy od czegoś. Z Przodu długi dziób, a jak spojrzę na maszty to na sam widok dostaję leku wysokości.

 

 

Chcieliśmy przygód, to mamy. Złapaliśmy łódź na stopa.
Mamy siedmioosobową ekipę: Kapitan Carl, Trzech Majtków, My i Sophie. Na ten statek weszłoby co najmniej drugie tyle, albo i więcej.
Wypływamy.  W ciągu chwili kapitan zapomniał, że jesteśmy gośćmi i poprosił Damiana o pomoc w stawianiu żagli, bądź ciągnięciu lin. Damian, jak długoletni żeglarz, wytrwale mu pomagał.

kapitan Carl

 

Podróż miała zająć cztery godziny, w końcu to tylko 22 mile.  Na początku było fajnie, wszystko nowe, ciekawe, coś się dzieję, oglądamy Martynikę od strony morza, podziwiamy plaże….


 Ale ile można. Po godzinie zaczęłam mieć dziwne uczucie w żołądku. Usiłowałam zasnąć. Nie dało się. Fale obijały się o burty, podnosiły łódź do góry i w dół. Jak w wesołym miasteczku: i w górę i w dół, i w górę i w dół… W myślach wmawiałam sobie, że uda mi się wytrzymać. Przecież spędziłam na łodzi ostatnią noc, nie mogę mieć choroby morskiej. Nie myślałam o tym, że przecież w nocy nie bujało tak łodzią, a tutaj… nie do wytrzymania. Damian wcale nie czuł się lepiej… Usiedliśmy w samym centrum łodzi, tam gdzie podobno wahania są najmniejsze i za namową kapitana patrzyliśmy w horyzont. Podobno miało pomoc. Patrzyliśmy w ten horyzont non stop, modląc się, żeby to był już koniec. Miało być tylko cztery godziny, a minęło już dożo więcej. Cała wieczność. Dłużej już nie wytrzymałam, podbiegłam do burty, żeby zwrócić moje śniadanie. Wymiotuję. – nie ta burta- ktoś krzyczy. Musiałam zmienić burtę, żeby fale były z drugiej strony. I po śniadaniu. Mogłoby chociaż być lepiej. Wcale nie jest.  Znów siadam w centralnym punkcie łodzi, wtulona w Damiana i patrzymy w jeden punkt na horyzoncie, jakiś maszt żaglówki majaczy w oddali. Patrzę tylko w ten maszt. Nic innego dla mnie nie istnieje. Tylko ten maszt i  to cholerne morze, którego tak bardzo mam już dość!  Minuty ciągną się jak godziny. Patrzę i skupiam się tylko na dopłynięciu. Żebym tylko wytrzymała. Nie wytrzymałam. Znów to samo! Tym razem to chyba wczorajsza kolacja. Przynajmniej wiedziałam już do której burty podbiec. Klęczałam nad tą burtą i w myślach modliłam się, żeby to był już koniec. A końca nie było.

W pewnym momencie wszyscy skupili się w jednym miejscu. Wszyscy poza naszą dwójką podziwiali zachód słońca. My tylko patrzyliśmy na słońce z nadzieją upływającego czasu. A zachód był piękny. Najpiękniejszy, jaki widziałam. Słońce wyglądało jak pełen okrąg, dokładnie widoczne, rozświetlające całe niebo. Powoli zachodziło nad Oceanem aż w końcu zniknęło pozostawiając po sobie zieloną linię. Niesamowite zjawisko. Tylko, że wtedy nie umieliśmy się nim cieszyć. Mogła ucieszyć nas tylko jedna rzecz. Możliwość zejścia na ląd. Zobaczyliśmy wyspę z całkiem bliska. To chyba już tylko chwila, pomyśleliśmy. –No, jakieś 45 minut- wyprowadził nas z błędu Kapitan. Co??? Gdybym tylko umiała pływać, to chyba popłynęłabym na ten ląd. Po około godzinie dopłynęliśmy do portu. Co za ulga. Za chwilę zejdziemy na brzeg. Nie zeszliśmy. Była godzina 20. Biuro jest już zamknięte, więc nie możemy zejść na ląd, nie meldując się z biurze. Okazało się, że zamiast czterech godzin płynęliśmy aż 8! I do tego nadal musimy zostać na statku. Nie jestem w stanie opisać moich uczuć. Ostatkiem sił wgramoliłam się do kajuty i usiłowałam zasnąć. Nigdy więcej na łódź!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *