Martynika-Montagne Pelée, czyli zdobywamy wulkan

No, nareszcie słońce od samego rana. 
– jakie macie plany na dzisiaj?- zapytał Philip. – idziemy na wulkan, odpowiedzieliśmy zgodnie. – ha ha, na wulkan- zaśmiał się – na wulkan idziecie już kilka dni. 
Faktycznie od kilku dni wybieraliśmy się na wulkan ale pogoda zniechęcała nas do tego. Tym razem w końcu uległa naszym prośbom. Od samego rana świeciło słońce i nic nie zapowiadało niespodziewanych ulew tropikalnych.
Zastanawialiście się kiedyś jak powstały Karaiby, czyli wyspy gdzieś na środku Oceanu? To właśnie za sprawą wulkanów. Wyspy mają swój własny, czynny, bądź nieczynny wulkan który każdy turysta, ten bardziej zapalonym i ten mniej, chętnie zdobędzie. My też nie mogliśmy odmówić sobie tej przyjemności. W końcu niecodziennie zdobywały wulkany.
Dzisiaj postanowiliśmy pojechać autobusem. Jak zwykle trzeba było do niego dojść,  czyli 45 minutową rozgrzewkę przed uderzeniem na wulkan mieliśmy już za sobą. 
Kierowca taxi caba oczywiście nie mówił po angielsku, co wcale nas nie zdziwiło. Na szczęście znalazła się pasażerka, która bardzo chętnie tłumaczyła wszystko, co powiedział. Nie jechał pod sam wulkan, tylko do miejscowości obok. Ale chętnie nas podrzuci. Bilet do Morne Rouge, czyli 35 km jazdy kosztuje 5 euro, on za dychę podwiezie nas pod wulkan, czyli 2 km dalej. Co za dobroduszność. Dziękujemy za taki biznes. Przejdziemy się.
 
Droga wiodła przez sam środek wulkanicznych gór. Kierowca znał na pamięć wszystkie serpentyny więc ani myślał zwalniać na zakrętach. W duszy modliłam się tylko, żeby nikt nie wyjechał z naprzeciwka. Podczas drogi, jedyne o czym myślałam, to kawał o dziewannie z cyklu: kawały bez sensu. Znacie kawał o dziewannie? Nie, to chętnie go opowiem: dzie wanna bo będę żygać. Pozostali pasażerowie chyba są przyzwyczajeni do takiej jazdy, bo jakoś nie zdradzali dolegliwości somatycznych.
 
Mimo wszystko warto było pojechać tą drogą. Widoki były nieziemskie. Droga co rusz opadała się i wznosiła pomiędzy zboczami gór. Małe wioski położone na stokach oraz prawdziwy busz, którego nie znaleźliśmy w Balata.
Nasza tłumaczka wysiadła gdzieś przed końcem jazdy. To jak się teraz dogadamy z kierowcą? Wydarzył się cud. Gdy wszyscy pasażerowie wysiedli, kierowca nagle zaczął mówić płynną angielszczyzną. To była najszybsza nauka języka jaką spotkałam. W ciągu  godziny. Powiedział nam jak mamy dojść na wulkan i że zadzwoni do swojej koleżanki, to będzie czekała na nas o 16 i zabierze nas do miasta. Na pewno nie zdążymy zejść do 16. Dziękujemy, jakoś sobie poradzimy.
Od przystanku na wulkan miało być dwa kilometry, to mało gdyby nie fakt, że idzie się pod górkę w 30-to stopniowym upale. Na szczęście z nieba spadło nam francuskie małżeństwo. Zatrzymali się bez wahania, pomimo tego, że na tylnych siedzeniach małej corsy mieli turystyczną lodówkę i fotelik z niemowlakiem. Przecież upchniemy się w każdą szparę.
Pod wulkanem mieści się punkt widokowy i kawiarnia. To w niej przesiadują Ci, którym nie chciało się zdobywać malutkiego wulkanu. Malutkiego, wtedy tak myślałam. Nie wiedziałam, co mamy przed sobą.
Na początku szliśmy po schodach. Pierwszy, piętnasty, pięćsetny… dużo było tych schodów. Słońce w pełnym zenicie a cienia żadnego. Zaczęłam przystawać co kilka kroków. Szczyt niby niedaleko, ale jakoś nie przybliżał się do nas. Nie wiedziałam, że jestem taka słaba. Nie chciałam narzekać, ale czułam, że nie dam rady  iść dalej. Odpoczynek, za odpoczynkiem. Powoli poruszaliśmy się do przodu. Gdy myśleliśmy, że już jesteśmy na szczycie i że w końcu będę mogła odpocząć, naprzeciwko, daleko nas zobaczyliśmy ludzi schodzących z góry w pozycji półleżącej. O nie! To jeszcze nie jest szczyt. Tak pragnęłam cudu, żeby ten szczyt okazał się tutaj, żeby Damian nie chciał iść dalej. Podświadomie jednak wiedziałam, że chcę walczyć. I walczyłam. Walczyłam ze wszystkimi swoimi słabościami, krok za krokiem, myśl za myślą, łyk wody za łykiem. Im bardziej byłam wyczerpana, tym bardziej wiedziałam, że nie mogę się poddać. Kolejne zejścia w dół i kolejne wspinanie się pod górę. Kolejne myśli i kolejna walka. Kolejny szczyt. Dotarliśmy. 
 
 
Dotarliśmy na szczyt, który wydawał się najwyższy w okolicy. Wielkie głazy taranujące przejście, porośnięte roślinnością. Tylko gdzie ten wulkan. Zaczęliśmy się za nim rozglądać. Przecież musi tu gdzieś być. Philip mówił, że chodził dookoła wulkanu, a tu żadnego krateru nie ma. Chwilę mi to zajęło, zanim przyjęłam do wiadomości przekonywanie Damiana, że jesteśmy na wulkanie, tylko takim wygasłym. Dla mnie może być i martwy, ale niech ma krater. Tak bardzo chciałam zajrzeć do środka. Chyba naoglądałam się za dużo filmów o Jamesie Bondzie. Krateru nie było. To ja tyle walczyłam, żeby przez kilka sekund zobaczyć otaczający mnie ocean, bo co chwilę wszystko zakrywały chmury? Właśnie tak. Po to była ta walka. Czasami walczymy dla jakiegoś celu, który później okazuje się złudny. Jednak walka nigdy nie idzie na marne. Zawsze pokonujemy słabości-swoje słabości, a to największa nagroda jaka może nas spotkać.
Zejście  wulkanu było mniej męczące fizycznie, jednak technicznie wymagało wielkiego zaangażowania. Schody były wysokie, co chwila musiałam podpierać się ręką żeby móc zejść niżej. Nie było łatwo. Pod pierwszym szczytem napotkaliśmy małżeństwo które nas podwiozło. Mężczyzna trzymał tego małego bobasa w nosidełku. Usiłowali zdobyć szczyt. Szczerze odradziliśmy im tego. To nie wyprawa dla malucha. Zdecydowanie nie.
Zeszliśmy na dół. Niedługo będzie ciemno. Przydałoby się złapać stopa. Pierwszy samochód mija nas jakby nigdy nic, drugi z daleka zaczyna hamować. Kolejni Francuzi na wakacjach. Nie macie samochodu? – pytają zdziwieni. – nie mamy, tak jest o wiele ciekawiej- opowiadamy. Są bardzo przyjaźni. Mieli nie jechać od Fort de France, jednak podczas drogi zmienili zdanie. Podwieźli nas do samego centrum.
W Fort de Franc znów zatęskniliśmy za tańcem. Zaczęliśmy szukać jakiegoś klubu. Niestety zapytane przez nas osoby nie mówiły po angielsku, tylko jeden chłopak machał rękoma jakby mówiąc, klubu nie ma. Jak to nie ma? Przecież to stolica wyspy. Gdzieś być musi. Zaszliśmy do restauracji z której do biegała meksykańska muzyka, może tam ktoś tańczy- pomyśleliśmy. Obsługa wyprowadziła nas z błędu. W mieście są kluby, jednak wszystkie zamknięte jeszcze przez tydzień. Przecież jest post a ludzie na Martynice są bardzo wierzący. Przylecieliśmy przez pół świata na Karaiby, wiecznie tańczące wyspy, a tu nikt nie tańczy. Byliśmy niepocieszeni.
 
Wracając do domu zobaczyłam wielką, oświetloną literę C nad portem. – Wybudowali tu halę? Kiedy?- pomyslałam To nie hala, tylko olbrzymi statek przybił do portu. Miał 8 pięter, jak wysoki blok. Musiał mieścić tysiące pasażerów, którzy całymi dniami pływali w basenach, grali w kasynie bądź pili w restauracji. Ciekawe jakie jeszcze ma rozrywki?  Chciałabym kiedyś takim popłynąć- pomyślałam. Nie wiedziałam  jeszcze wtedy, jak bardzo znienawidzę statki. 
 
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *