Martynika- La Marin, pierwszy raz na łodzi

Zaczęliśmy nerwowo myśleć jak wydostać się z wyspy. Dodaliśmy ogłoszenie w grupie: boat hich highting. Dostaliśmy odpowiedź: Płynę jutro, będę w biurze check out między 10.30 a 11.30 – Carl. Carl zostawił numer ale jego telefon nie odpowiadał. Czy uda nam się wypłynąć? Los rozstrzygnie
 A tymczasem popłynęliśmy na łódź.
Weszliśmy do pontonu, którym mieliśmy na nią przepłynąć. Płyniemy, płyniemy, mijamy steki łodzi, a tej Ricarda nie ma. Miałam czas na podziwianie mariny od strony wody. Wyglądała pięknie. Idealna cisza w której rozlegał się tylko dźwięk silnika i co jakiś cza nasze głosy. Bałam się. To dla mnie nowość. Nie boję się nowości ale wszystkiego co wiąże się z wodą. A co jeśli łódź się przewróci i wpadnę do Oceanu? A jak będzie przeciekać? Gdzie mam się umyć? A jak będę miała chorobę morską? Setki pytań na minutę które minęły po wejściu na łódź.
Łódź jest mała. Przez chwilę zastanawiałam się, jak ma pomieścić tyle osób. Okazało się jednak, że ma dwie kabiny. Wszystko w niej było mikroskopijnych rozmiarów: kabiny, łóżka, szafki i toaleta. Jak można tu żyć? A jednak można i  na dodatek być szczęśliwym.
Ricardo poczęstował nas kolacją ugotowaną przez siebie. Zjedliśmy na górnym pokładzie słuchając jego odpowiedzi na setki pytań które mieliśmy. Położyliśmy się spać. Wcisnęliśmy się do naszej małej kajuty, która była tylko łóżkiem oddzielonym zasłoną od pozostałej części łodzi. Trochę kołysało, ale można się przyzwyczaić. – jak w kołysce- myślałam sobie dla uspokojenia nerwów.  Zasnęłam bez problemu.
 
Zew Oceanu, czyli samotnie przez Atlantyk.
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *