Madryt – studenckie mieszkanie; nie wszystko jest takie różowe

Ostatnie moje wpisy były takie… przewodnikowe. Mało osobiste, pokazujące piękno tego miasta, co warto zobaczyć, gdzie pójść, co zrobić. Dzisiaj trochę inaczej, o tym jak naprawdę mieszka mi się w Madrycie.
Uwierzcie, że czasami wcale nie jest łatwo, że życie obcokrajowca, studenta, kobiety…  Nie zawsze jest tu usłane różami.  Ale żeby nie zanudzać, dzisiaj o mieszkaniu. O czymś, co przyjeżdżając tutaj wydawało mi się nieistotne, a co tak naprawdę bardzo uprzykrzyło mi życie i okazało się jednym z z najistotniejszych czynników funkcjonowania w Madrycie.
A wszystko zaczęło się jeszcze w Polsce….
Musiałam znaleźć mieszkanie. W związku z tym, że nie znałam miasta i nawet nie do końca wiedziałam gdzie tak naprawdę na mapie oznaczone jest centrum, a gdzie moja uczelnia  (wiedziałam tylko, że to dwa przeciwległe kierunki), postanowiłam znaleźć mieszkanie gdzieś pomiędzy. W połowie drogi do centrum, w połowie do uczelni. Nie było to łatwe zadanie mając na uwadze ceny pokoi oraz ostrzeżenia znajomych którzy zwracali uwagę na brak okien w pokojach i brak ogrzewania w mieszkaniach. -Jak to może nie być okna?- myślałam. Przecież tak nie da się żyć.
Po wysłaniu chyba setki maili do właścicieli w końcu zdecydowałam się na pokój, jak mi się wydawało w całkiem ładnym mieszkaniu, niedaleko od centrum i metra. Do tego super cena –  tylko 250 euro. Znalezienie tutaj pokoju w takiej cenie graniczy z cudem (co nie jest niemożliwe).
Miałam mieszkać z hiszpanką, francuską i jakimś chłopakiem. Tak przynajmniej napisała mi właścicielka.
Jednak już pierwszego dnia po przyjeździe rzeczywistość szybko pokazała mi prawdziwe oblicze mojego świetnego wynajmu. Okazało się, że będę mieszkała tylko z 38-letnim właścicielem z Peru, który po angielsku umie powiedzieć tylko OK.! Nic więcej!
Jakiekolwiek rozmowy o czymkolwiek były niemożliwe. Mało tego, w mieszkaniu było ogrzewanie, ale właściciel nigdy go nie używał, bo przecież to dużo kosztuje. A ja zamieniałam się w sopel lodu w najcięższą od kilku lat zimę w Madrycie. Spałam w dresie, szlafroku, pod  kołdrą i kocem, co i tak niewiele pomagało.
Do najbliższego przystanku musiałam iść 15 minut pieszo, skąd do centrum jechałam kolejne pół godziny. Nie mówiąc o autobusach nocnych, na które potrzebowałam ok. godziny.
Sam pokój był tak mały, że po miesiącu z wielkim przeziębieniem zaczęłam dostawać klaustrofobii.
Mało tego, okazało się, że muszę dopłacać do ceny za każde odwiedziny kogokolwiek. Tak więc super cena wcale nie była taka super.
Miałam już dość! Postanowiłam jak najszybciej zmienić mieszkanie. Każdy dzień w tamtym przyprawiał mnie o ból głowy.
Rozpoczęłam poszukiwania. Byłam pewna, że bardzo szybko coś znajdę, w troszkę wyższej cenie, ale za to bliżej centrum. No i wtedy się zaczęło….
Wtedy zobaczyłam jak naprawdę wyglądają mieszkania w Madrycie. Mojego nowego pokoju szukałam przez cały luty, w ciągu 28 dni miesiąca widziałam 26 pokoi. I wcale nie byłam wybredna. Chciałam tylko normalny pokój z oknem i ogrzewaniem. Nic więcej!
A co oglądałam? Pokoje bez okien, bez drzwi, ogrzewania, ze starymi właścicielami… z kaczką która udaje zwierzę domowe, z bałaganem o który można się przewrócić już na progu mieszkania, z remontem całej kamienicy, łącznie z sufitem… z ćpunami, którzy nic nie robili sobie z moich odwiedzin…
Pod koniec miesiąca miałam już serdecznie dość. Całymi dniami oglądałam pokoje i … nic.
Z kolejnym przeziębieniem i łzami w oczach zaczęłam pakowanie swoich rzeczy. Nadal jednak nie miałam pokoju. Nie chciałam już nawet oglądać nic więcej. Byłam zmęczona tym wszystkim.
Pomimo tego, że moja cena poszła w górę o połowę, nadal nic nie mogłam znaleźć.
Dzień przed końcem miesiąca oglądałam ostatnie trzy pokoje. Już niczego nie oczekiwałam.  Siedziałam na walizkach gotowa przenieść się do znajomych, którzy chcieli przygarnąć mnie na kilka dni, by dać mi więcej czasu na poszukiwania.
Dostałam maila od chłopka mieszkającego w mieszkaniu znajdującym się w perfekcyjnej dla mnie lokalizacji. Napisał mi, że też jest Couchsurferem i mogę przyjść zobaczyć pokój.
Był dużo starszy ode mnie, ale czułam się, jakbym szła do starego znajomego, a nie do obcego kolesia obejrzeć pokój.
Manuel przywitał mnie w drzwiach. Mieszka z partnerem w dwupokojowym mieszkaniu, w przepięknej kamienicy przy samym dworcu. Na dworzec pięć minut, do centrum 25 minut pieszo. Pierwsze co uderzyło mnie po wejściu do mieszkania, to znajdujące się dosłownie wszędzie żaby. Figurki, znaczki, magnesy… dosłownie wszędzie. Uśmiechnęłam się w myślach do siebie. Jak w domu.:)
Zostałam!
 Zostałam jak u siebie w domu, a nie jak u obcego, u którego jestem tylko najemcą.
Zostałam w miejscu do którego wracam z uśmiechem na twarzy. W pokoju z wielkim łóżkiem, wysokim sufitem, pięknym zabytkowym oknem i balkonem z kwiatkami.
I jeszcze żaby!:)
Teraz wiem, że mieszkanie to jednak bardzo ważna część mojego życia i nigdy więcej nie będę próbowała na tym zaoszczędzić, bo na szczęściu nie można oszczędzać!
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *