Jordania-Wadi Rum

To nareszcie miał być plażowy dzień. Po intensywnym tygodniu chciałyśmy trochę odpocząć. Nasze plany jednak szybko uległy zmianie, gdy znajomy stwierdził, że jadą na Pustynię Wadi Rum. Podobno ktoś, kto tam był, twierdził, że jest dużo bardziej niesamowita niż Petra. Przez chwilę walczyłam sama ze sobą. Od tygodnia wszędzie tylko pustynia i pustynia. Co może być ciekawego w kolejnych skałach i górach piachu. Jednak uległam ciekawości. W końcu to najsławniejsza pustynia w Jordanii i najwidoczniej nie bez przyczyny niezliczone rzesze turystów wybierają się właśnie tam.
Wadi Rum jest największą pustynią w Jordanii, zaliczana jest też do najpiękniejszych pustyń świata.
Wynajęliśmy samochód z kierowcą i w sobotni poranek wyruszyliśmy w 70-cio kilometrowa przejażdżkę na Wadi Rum. Część drogi jest taka sama jak do Petry, więc trochę znudziło mi się oglądanie tych samych skał, tego samego piachu i tych samych wielbłądów.  Nic ciekawego – myślałam i gdyby nie kierowca, na pewno przespałabym całą drogę. Nasz kierowca – Joseph – świetnie mówił po angielsku. Studiował w Londynie, lecz nie chciał zostać tam na stałe. Kocha Jordanię i uwielbia swoją pracę. Jazda samochodem zawsze w te same miejsca mogłaby wydawać się monotonna, jednak przecież codziennie spotyka innych ludzi z całego świata. Zawiera przyjaźnie, zaprasza ich do siebie do domu. Później już nie w ramach pracy, ale jako członka rodziny. Niestety nam już nie starczyło czasu, aby odwiedzić go w domu. Bardzo tego żałowałam, bo chciałam zobaczyć jak wygląda jordański dom i rodzina. Na szczęście Joseph ambitnie prowadzi fanpage na facebooku i ciągle pyta, kiedy znów będziemy w Jordanii. Może jeszcze kiedyś będzie okazja.
 
Dojeżdżając do Wadi Rum, mijaliśmy stada swobodnie pasących się wielbłądów i osłów. Nie były w zagrodach. Kierowca jechał uważnie manewrując między zwierzętami, które jakby nie zauważały jego obecności. Najwidoczniej były przyzwyczajone do przejeżdżających samochodów .
Minęliśmy znak z napisem Wadi Rum i nadal nie widziałam nic godnego uwagi. Dojechaliśmy do wioski w której domy były tak zaniedbane, jak najgorsze getta jakie widziałam. Zawalone płoty, powiązane sznurkami, dziurawe dachy. Paradoksalnie przed każdym domem stał terenowy samochód a na dachach wisiały anteny satelitarne. Była to beduińska wioska. Co prawda nie mieszkali w niej typowi Beduinie sypiający w pustynnych namiotach, ale tacy bardziej ucywilizowani, żyjący z przewozu turystów po pustyni. 
 
Na miejscu czekał na nas kierowca jeepa.  Sympatyczny, jednak małomówny. Do jego zadania należało przewiezienie nas po pustyni, a nie umilanie nam czasu rozmową. Jeep  był to całkiem nowoczesny samochód z ławeczkami zamontowanymi na pace, aby turyści mogli z powiewem wiatru we włosach podziwiać miejscowe czerwone pisaki. Szybko okazało się, że mimo pięknej pogody, potrzebujemy chust, które osłonią nasze twarze od pisaku.
Przejażdżka po pustyni kosztuje i to nie mało. W zależności od wybranej trasy i decyzji, czy chcemy oglądać zachód słońca, czy też nie, cena ulega zmianie. Moje początkowe nastawienie: weźmy jak najkrótszą trasę, aby czym prędzej wrócić do Akaby. Może załapię się jeszcze na chwilę kąpieli. Jednak decyzją pozostałych i udaną negocjacją ceny, wybraliśmy najdłuższą trasę z zachodem słońca. O nie! Jakbym miała mało piasku dookoła. Szybko zmieniłam zdanie. 
 
Wjeżdżając na pustynię, okazało się, że jest naprawdę niepowtarzalna. Różnokolorowy piasek i samotne skały dookoła. Wspaniały widok. Pierwszy przystanek mieliśmy, w miejscy, gdzie napisy na skałach miały ponad 2000 lat. Napisy, jak napisy – dla mnie nic specjalnego. Dużo bardziej spodobała mi się herbatka u Beduinów, którzy częstowali nią przyjezdnych mając nadzieję, że kupią pamiątki z rozstawionych straganów. Oczywiście herbatka i rozmowa bezpłatne. Jak dla mnie bezcenne. Gdy gawędziliśmy z miejscowymi, podjechał młody, 19 – letni chłopak. Nie byłoby w tym absolutnie nic szczególnego, gdyby nie samochód. Stary, zdezelowany, wykorzystywany do własnego użytku, a nie przewozu turystów. Idealny jak na jordańską pustynię. Chciałam mieć z nim zdjęcie. Bez pytania  o pozwolenie wskoczyłam do samochodu i zaczęłam pozować do zdjęć.  Gdy zobaczyłam nadchodzącego właściciela, chciałam jak najszybciej się stamtąd ulotnić. Nie udało się. Chłopak, poprawną angielszczyzną spytał, czy podoba mi się jego samochód. – Bardzo- odpowiedziałam. –chcesz się przejechać? – Mówisz poważnie? – Oczywiście, że tak, trzymaj kluczyki.

jazda samochodem bez hamulców to niezapomniane przeżycie

 

 
Naprawdę nie żartował. Usiadł na siedzeniu pasażera a ja zaczęłam kręcenie kółek na jordańskiej pustyni. Niesamowite uczucie. Niestety kątem oka widziałam zniecierpliwionego przewodnika, czekającego na mój powrót.  Czas wracać – pomyślałam i zaczęłam szybko jechać w jego kierunku.
-Zwolnij! – Usłyszałam krzyk towarzysza – Nie mam hamulców! –  Nacisnęłam hamulec i nic!
-Co? Żartujesz? – niebezpiecznie szybko zbliżaliśmy się w kierunku namiotów Beduinów. Z całych sił nacisnęłam pedał hamulca i pociągnęłam za ręczny. Niestety było to tak impulsywne, że chłopak wylądował na szybie. – Nic Ci się nie stało? – zapytałam
-żyję, ale nie rób tego więcej.
Było mi strasznie głupio, ale skąd miałam wiedzieć, że na pustyni zbyt często nie korzystają z hamulców. Bo po co? Przecież na rozległym piachu można cały czas jechać i jechać przed siebie.
Pożegnałam się z nowopoznanym znajomym i pojechaliśmy dalej. Wszystkie skały wyglądały inaczej, kolejne napotkane były bardziej  niesamowite.  Nie wiedziałam w którym kierunku obrócić się i robić zdjęcia. Ku mojemu zdziwieniu nie wszyscy podzielali mój zachwyt. Ryszard – główny prowodyr wyprawy zdecydowanie miał już dość. Było mu niewygodnie na pace samochodu, gdzie w oczy wciąż wpadał piasek, tyłek bolał od siedzenia na deskach i nie było do oglądania nic ciekawego poza piachem i skałami. W końcu zrezygnowany wsiadł do środka samochodu i tam prowadził rozmowę z kierowcą i przewodnikiem.
Kolejny przystanek mięliśmy przy piaskowym wzgórzu. Nie znam oficjalnej nazwy, ale wyglądało to jak wydma nawiana u stóp skały. Zadziwiający był fakt, iż piasek na wzgórzu był w innym kolorze niż ten znajdujący się dookoła na pustyni. Jeszcze bardziej zdziwiło mnie to że jakaś para amerykanów zjeżdżała z niego na deskach snowboardowych.  Na początku widząc ich wnoszących deski na górę pomyślałam, że może mają latawce i będą usiłowali zlecieć ze wzgórza, jednak oni założyli deski i zjechali po nim jak ze stoku. Wow
Co prawda nie mieliśmy desek, ale też postanowiliśmy zdobyć ten szczyt. Wybraliśmy najłatwiejszą drogę po skałach do których przyległ piasek. Na skałach przynajmniej nogi nie topiły się w piachu jak w głębokich kałużach. Okazało się, że pustynia nie jest typową pustynią i na skałach jest wielka różnorodność kwiatów, które zachwycały mnie swoimi kolorami.

pustynny kwiat

 

  Po wejściu na szczyt okazało się, że mój znajomy z samochodu już tam jest. Czułam się jakbym zobaczyła ducha. Najwidoczniej podjechał z drugiej strony wzgórza i dzięki swojej sprawności znalazł się tam przed nami. Za wszelką cenę usiłował skraść mi buziaka. Byłam nieugięta. Więc postanowił spróbować innego sposobu. Zaczęliśmy zbiegać na dół po ciepłym piasku, kiedy nagle on przewrócił mnie na ziemię, złapał za nogi i zaczął ciągnąć w dół. Muszę przyznać, że zabawa super. Przeciągnięcie po miłym w dotyku, ciepłym piasku, który wpadła mi pod ubrania. Na dole oczywiście trzeba było się otrzepać i wysypać piach z butów.
Buziaka oczywiście nie dostał, ale nie dając za wygraną pojechał dalej za nami.
zjazd na tyłku, czemu nie

 

 
Kolejnym  ciekawym punktem na Wadi Rum był skalny most. Umieszczany jest na wszystkich możliwych pocztówkach z Wadi Rum. Na żywo lepiej się prezentował. Nie przypuszczałam nawet, że znajduje się tak wysoko, a wyjście na niego wcale nie jest łatwe. Na szczęście tym razem moje buty trekkingowe w końcu do czegoś się przydały. Idealnie przylegały do skał, dzięki czemu bez większych problemów mogłam podziwiać widoki ze szczytu mostu. 


Mój samochodowy przyjaciel znów do nas dojechał i wpadł na pomysł, którego nie zapomnę do końca życia.  Postanowił przejść po cienkiej kładce mostu na drugą stronę. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie to, że szedł na rękach. Oczami wyobraźni widziałam go już leżącego na dole, roztrzaskanego o strome skały. A on jakby nigdy nic, spokojnie  z uśmiechem na twarzy maszerował do mnie  z nadzieją dostania w nagrodę buziaka. Muszę przyznać, że tym razem wzbudził we mnie ogromny podziw, ale i  tak nie uległam – buziaka nie dostał.

ja bym się nie odważyła

 

 
 
Tak łatwo się  nie poddał. Nadal jechał za nami i tym razem wymyślił coś, co wywołało uśmiech na mojej twarzy. Przy prędkości ok. 50 km nagle stanął na oparciu fotela kierowcy, wychylając się z samochodu i kierują tylko jedną ręką. Jak? Nie mam pojęcia.

 

 
Następnym punktem do zobaczenia była naturalna jaskinia w której ludzie kilka tysięcy lat temu wykuli w skale nienaturalne schody. Pod skałą również były namioty Beduinów do których wstąpiliśmy na kolejną herbatkę. Jeden z nich usiłował dobić targu z moją mama i kupić mnie za dziesięć wielbłądów, krowę i osła. Przypuszczam, że był to całkiem niezły biznes biorąc pod uwagę, że jeden wielbłąd kosztuje ok 10 tysięcy zł, do tego krowa dająca świeże mleko, tylko po co osioł? Może jako środek komunikacji. Mimo wszystko na moje szczęście mama nie zgodziła się na ten biznes, dzięki czemu nie zgotował mi losu Beduińskiej kobiety żyjącej w pustynnej osadzie.
 
 
Widząc, że nie uda się przekonać się mojej mamy, Beduin stwierdził, że jego ojciec ma już cztery żony a moja mama będzie piątą. Na moje nieszczęście, w chwili kiedy powiedział to tak poważnym tonem, piłam wtedy herbatę i mało się nią nie udławiłam. Oczywiście wyjaśniłam im, że mama ma już męża i przecież o ile mężczyzna może mieć kilka żon, to kobieta tylko jednego męża, więc dali za wygraną i pozwolili nam szczęśliwie powrócić do samochodu.
 
mój przyszły, niedoszły mąż
nic z tego! mamy nie sprzedam

 

Ostatnim przystankiem na naszej pustynnej wyprawie był zachód słońca.  Przyjechaliśmy na wzgórze chwilę przed zachodem, więc mieliśmy jeszcze  czas, aby wspiąć się na górę i znów podziwiać poczynania KIEROWCY, który nie zważając na skały, postanowił na nie wjechać, jakby była to przejażdżka po płaskim terenie. Zastanawiałam się, kiedy opona najedzie na coś ostrego i pęknie pod naciskiem. Na szczęście tak się nie stało i znów wprawił mnie w zachwyt, co oczywiście ku jego niezadowoleniu nie zmieniło mojego zdania do dania chociaż najmniejszego buziaka. 

niesamowicie wytrzymałe opony. Jak on tam wjechał?

 

 
Zachód słońca zawsze jest niesamowitym zjawiskiem, chętnie oglądanym bez względy na to, na której kuli ziemskiej właśnie występuje. Jednak ten zachód słońca nad pustynią Wadi Rum był dla mnie czymś szczególnym. Po raz kolejny przypomniał mi o marzeniu zobaczenia całego świata i mimo tego, że jeszcze długa droga przede mną, uświadomiłam sobie, że jeśli czegoś się mocno pragnie i wierzy w to, że można tego dokonać, to nie ma rzeczy niemożliwych. Byłam z mamą na jednej z najpiękniejszych pustyń świata i wiedziałam, że jest to szczególna chwila. Nasza podróż przez Jordanię i Izrael powoli dobiega końca, jednak jestem pewna, że przeżycia i wspomnienia stamtąd na zawsze pozostaną w naszej pamięci.


zachód słońca nad Wadi Rum

 

Czas wracać do hotelu…. Podróż powrotną do hotelu przespałam. Byłam zmęczona ostatnią nocą z Muchą i nadmiarem pustynnych wrażeń, a wiedziałam, że to ostatnia noc w Akabie i nie chce wcześnie iść spać.

One thought on “Jordania-Wadi Rum

  1. Ach ci miejscowi uwodziciele 🙂 gratuluje oporu 🙂 Twój chłopak musi być z Ciebie dumny że jesteś taka nieustępliwa 🙂 a zachód pierwsza klasa 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *