Jordania, Izrael

 

Podróż z miejscowymi

Kolejnego dnia wstałyśmy wcześnie rano. Chciałyśmy zjeść śniadanie i nie spóźnić się na autobus. Przecież nikt nie będzie na nas czekał. Byłam przekonana, że na śniadaniu będą już nasi towarzysze: Andrzej i Ryszard.  Nie było ich jeszcze. Ku mojemu zdziwieniu nie było ich tam również gdy skończyłyśmy jeść śniadanie. Zaniepokojona poszłam do ich pokoju. Okazało się, że jeszcze spali. No pięknie. Czas wychodzić do autobusu, a ni zamierzają jeszcze zjeść  śniadanie, wziąć prysznic i oczywiście zdążyć na wyjazd. Wyszłyśmy na dworzec nie czekając na nich, mając nadzieję, że w razie ich spóźnienia uda nam się w jakiś sposób zatrzymać kierowcę. Przed dworcem stał tylko jeden autobus, jednak nie miał tabliczki z destynacją podróży. Zapytałam kierowcę, czy to odpowiedni autobus do Ammanu: -Jasne, zajmijcie swoje miejsca- odpowiedział.  Nie wiem dla czego, ale nie przekonała mnie jego odpowiedź dlatego spytałam jeszcze jednego z pasażerów. Miał inne zdanie od kierowcy i powiedział, że to nie jest ten autobus – przyjedzie drugi. Zdezorientowana, nie wiedziałam, komu uwierzyć, kierowcy słabo mówiącemu po angielsku czy pasażerowi. Zdezorientowane stałyśmy przed autobusem z nadzieją, że Ryszard z Andrzejem do nas dołączą i może w tym czasie podjedzie drugi autobus. Kierowca zauważył naszą dezorientacje i przyjaznym głosem zaprosił do środka. Chcąc trochę ugrać na czasie, powiedziałyśmy, że czekamy na naszych przyjaciół i za chwilę wejdziemy. Widząc to, „pomocny pasażer” jeszcze raz powiedział, że to nie ten autobus. Pozostali pasażerowie, to głownie kobiety z dziećmi które nie mówiły po angielsku, więc nie były w stanie nam pomóc.  Poszłyśmy szybko do kasy dworcowej, aby się upewnić. To był właściwy autobus. Najwidoczniej „uprzejmy” pasażer nie miał ochoty podróżować z białymi turystkami.
 
 
na dworcu autobusowym w Akabie
 
Wsiadłyśmy do autobusu.  Pozostali pasażerowie to miejscowi w jakimś celu zmierzający do stolicy. Autobus był nowoczesny, jednak strasznie zaniedbany. Na podłodze leżało pełno okruszków. Jakby nigdy nikt jej nie sprzątał. Przypomniał mi się brud w naszym hotelu i całej Akabie. Jordańczycy najwidoczniej nie są  pedantami.
Wyjeżdżając z Akaby zatrzymała nas straż graniczna. Oczywiście jako turyści, nie byliśmy przeszukiwani przez strażników.
Pierwszy postój mieliśmy w połowie drogi.  Na parkingu podeszła do mnie kobieta cała ubrana na czarno mówiąc coś niezrozumiałym językiem. Kobieta  była stara, ale elegancka. Stojący obok człowiek, widząc, że nie rozumiem, wytłumaczył, że ona potrzebuje pieniędzy, bo nie ma na życie. Zastanowiło mnie to, ponieważ jej wygląd nie wskazywał na ubóstwo. Jednak dałam jej dinara. Kobieta uśmiechnęła się i odeszła. A ja zostałam zastanawiając się nad jordańskim sposobem na żebranie.
Ten sam mężczyzna, który wcześniej przetłumaczył słowa kobiety, zaproponował mi kawę. Wstaliśmy wcześnie, więc kawa była czymś, o czym wtedy marzyłam. Gdy chciałam za nią zapłacić, odmówił, tłumacząc, że to jordańska gościnność. To miłe.
 

W Ammanie-poszukiwania autobusu

Pozostała część drogi minęła szybko. Autobus zatrzymał się na dworcu w Ammanie. Ledwo zdążyliśmy z niego wysiąść, już dopadł nas taksówkarz proponując podwiezienie, gdzie tylko chcemy. Grzecznie podziękowałam mówiąc, że szukamy autobusu do granicy.
– Autobusu już dzisiaj nie będzie- odpowiedział taksówkarz. -Jest tylko jeden w ciągu dnia, odjeżdżający o 7 rano. Dzisiaj tylko ja mogę Was tam zawieźć i wezmę od Was tylko 50 Dinarów my friends.-powiedział taksówkarz
Mając doświadczenia z jordańskimi taksówkarzami nie uwierzyłam mu i poszłam do dworcowej informacji szukać odjeżdżającego autobusu. Niestety okazało się, że taksówkarz nie kłamał. Z Ammanu do granicy z Izraelem odjeżdża tylko jeden autobus dziennie.  Mogliśmy czekać do jutra rana bądź wynająć taksówkę, która wcale nie była tania. Przy wyjściu z budynku dworca zaczepił nas inny przewoźnik twierdząc, że da nam najlepszą cenę. Nie wiem czemu, ale wzbudził on moje zaufanie. Poszliśmy do jego biura. Poprzedni taksówkarz, widząc, że zmierzamy do biura konkurencji dogonił nas i za wszelką cenę usiłował przekonać na przejazd z nim. Nie zgodziłam się, ale on tak łatwo nie dawał za wygraną.
Kierowcą który miał nas zwieźć był czarnoskóry „Jordańczyk”. Nie mówił po angielsku, jednak miał przyjazny wyraz twarzy. Cena jaką nam zaoferował był 30 $. To była rozsądna cena.
Poprzedni taksówkarz zaczął nachalnie przekonywać nas, żebyśmy z nim pojechali za tą samą cenę.  Doszło do przepychanki między nimi. Wkurzona jego zachowaniem zapytałam: dlaczego miałabym jechać z Tobą? W czym on jest gorszy od Ciebie?
– Nie mówi po angielsku i jest czarny- odpowiedział
Nie przekonało mnie to. Pomimo tego, że kierowca znał tylko podstawy języka. Podróż z nim była bardzo przyjemna.
 
Za Ammanem rozciąga się najniżej położona kotlina w regionie. Zatrzymaliśmy się tam na postój. Widoki były niesamowite.
 
najniżej położona kotlina
korzystając z nieobecności taksówkarza
 
 

Na granicy

Kierowca podwiózł nas pod granicę i zostawił samych na pastwę losu. Nie znając angielskiego nie mógł nam wyjaśnić, co powinniśmy dalej zrobić. Wiedzieliśmy jedynie, że trzeba przejść przez granicę, a dalej można dojechać taksówką bądź autobusem.
Ruszyliśmy więc w stronę granicy.  Na przejściu musieliśmy wykupić wizę do Izraela w cenie 20 Dinarów.
Po wykupieniu wizy okazało się, że niezbędna jest również taksa klimatyczna, która kosztowała 8 dinarów.
Gdy przyszło do stawiania pieczątek w paszporcie udało mi się przekonać przystojnego pana na granicy, żeby nie wstawiał mi pieczątki do paszportu. Pieczątka została przybita na oddzielnej kartce.
Po przejściu granicy musieliśmy czekać na autobus do Jerozolimy. Był to najtańszy środek komunikacji.
Usiedliśmy na ławce i obserwowaliśmy ludzi przechodzących przez granicę. Turystów było niewielu. Zastanawiałam się, czy dlatego.  Nie był to sezon turystyczny, czy może jednak mało turystów wybiera się na samotne wycieczki do Izraela? Zdecydowanie jest to mało przyjazny kraj dla turystów. Już sama obstawiona granica i kilka szlaków murów pomiędzy państwami nie zachęca ani do podróżowania po Jordanii ani po Izraelu.
Z granicy do Jerozolimy nie jest daleko, a widoki nie są zachęcające. Pustynia na przemian poprzeplatana sadami palmowymi i biednymi osadami w których stały szmaciane namioty. Co jakiś czas na skrzyżowaniach pojawiali się młodzi mężczyźni z bronią. Dziwił mnie ich  młody wygląd, bo na  moje oko mieli ledwo ukończone 18 lat. Nie mieli mundurów. Połączenie jeansów, pilotek przeciwsłonecznych, Iphona i karabinu było co najmniej ciekawe. Jakby typowego imprezowego studenta nagle wyrwali do służby w wojsku a on nie zdążył nawet zmienić swoich modnych ubrań.
 

Jerozolima- w kolebce mojej wiary

Wjechaliśmy do Jerozolimy. Przedmieścia były zaniedbane. Typowo przemysłowe dzielnice. Ubogie domy powciskane jedne obok drugiego, niesamowity bałagan na ulicach, mnóstwo przechodniów ciągle  się gdzieś spieszących… Zdecydowanie nie pasowało mi to do żadnego z biblijnych opisów. 
 
Wysiedliśmy na Głównym Dworcu Autobusowym i pierwsze , co postanowiliśmy zrobić, to znaleźć sobie nocleg. Idąc brudną ulicą usiłowaliśmy znaleźć jakiś tani hostel. Niestety nie mieliśmy mapy, więc nazwy podane w przewodniku na nic nam się nie zdały.
Na szczęście udało nam się znaleźć Hostel New Palm położony przy samej ulicy  Hanivim. Właściciel widząc, ze jest nas czwórka, przekonał nas do wynajęcia czteroosobowego pokoju w jego hotelu. Cena była konkurencyjna do ceny kilkunastoosobowego pokoju hotelowego, gdzie nawet nie było okna.  Zapłaciliśmy po 120 zł za noc.
Pokój  był niewielki.  Mieściły się tam tylko cztery łóżka i mała szafka pod ścianą. Okno wychodziło na ulicę Hanivim, skąd mogliśmy podziwiać niesamowite widoki. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że jest to główna ulica Jerozolimy która stanowi niepisaną granicę pomiędzy wschodnią i zachodnią częścią miasta.
Zostawiliśmy tylko nasze bagaże i wyruszyliśmy na odkrywanie najważniejszego miasta w historii wielu religii.  Gdy wyszliśmy na ulicę było jeszcze widno, jednak powoli zachodziło słońce. Z hotelu było już bardzo blisko do starego miasta, wystarczyło dojść tylko do Damascus Gate.  Przy zachodzącym słońcu Jerozolima wyglądała naprawdę pięknie. Kilkusetletnie mury starego miasta oświetlone latarniami. Widać, że Izrael dba o wygląd starego miasta. Nie mogłam się już doczekać, co zobaczę za murami. Na samą myśl o tym czułam lekkie kłucie w sercu. To tak jakby mieć przyjaciela listownego. Pisać z nim, widzieć jego zdjęcie, czytać jego pamiętnik a nigdy nie widzieć go na żywo. Po kilkunastu latach znajomości przychodzi moment spotkania. Zaczynasz się zastanawiać, czy ta osoba w rzeczywistości jest taka sama, czy zdjęcie nie było podretuszowane, czy pamiętnik nie był zakłamany, czy od daty ostatniego listu dużo się zmieniło. Okazało się, ze bardzo wiele.
 
Przeszliśmy przez bramę i pierwszą rzeczą, którą zobaczyłam, był koncert żydowski. W tym czasie w Jerozolimie odbywał się festiwal wielu kultur i na każdym możliwym rogu można było spotkać przeróżne performensy. Ominęliśmy tłumy i weszliśmy w głąb placu. Gdzie dalej? Mapa, którą dostaliśmy z hotelu nie była dokładna. Postanowiliśmy iść przed siebie.  Mając nadzieję, że dojdziemy do któregoś ze świętych miejsc. Mijaliśmy przeróżne uliczki: jedne całkiem puste typowo mieszkalne ulice, które nie zachęcały turystów do maszerowania nimi, inne powypychane ulicznymi straganami i  na których można było kupić dosłownie wszystko: od typowych sakralnych pamiątek, poprzez skórzane wyroby do apetycznie wyglądających izraelskich słodyczy. Mimo wieczorowej pory nikt nie kwapił się do zamknięcia straganów. Wszyscy czekali na „ostatniego klienta”.
 
występy na festiwalu Wielu Kultur
wąskie uliczki Jerozolimy
miejscowe rzemiosła

Ściana Płaczu

Spacerując tak uliczkami w pewnej chwili zauważyliśmy wzmożony ruch. Wszyscy maszerowali w jednym kierunku: do Ściany Płaczu. Już od najmłodszych lat uczono nas w szkole czym jest ściana Płaczu i jak wielkie znaczenie ma dla Żydów. Teraz, gdy zaczęliśmy się do niej zbliżać poczułam całą jej „wielkość”. Przeciskając się za Żydami doszliśmy do schodów na dole których znajdowała się ściana.  Nie wyglądała jak z opowieści szkolnych, a jednak miała w sobie cały urok tych wszystkich opowieści. W połowie ściany stał płot dzielący ją na dwie części: część męską i żeńską: trzy czwarte powierzchni, zajmowała część męska, a tylko jedną czwartą przeznaczono dla kobiet. Od razu poczułam niższe znaczenie kobiet w kulturze żydowskiej Ze szczytu schodów na których staliśmy doskonale było co działo się na oddzielnych połowach.   Przy wejściu do części męskiej siedział stary Chasyd w jarmułce dając każdemu wchodzącemu mężczyźnie jarmułkę do założenia oraz pilnując, aby żadna kobieta nie przekroczyła wejścia do męskiej części. Przy samej Ścianie kliku tak samo starych Chasydów  modliło się pod samym murem. Chasydzi w Jerozolimie stanowią bardzo ważny ród, jednak też bardzo kłopotliwy o którym wspomnę jeszcze później przy okazji moich przeżyć z nimi związanych.
 
wejście do męskiej części  Ściany Płaczu
 
 
Wejście do części kobiecej znajdowało się z boku placu. Było to wąskie przejście pomiędzy płotem oddzielającym część modlitewną przy Ścianie od pozostałej części placu. W części kobiecej nie było nietypowo ubranych kobiet, pilnujących  ściany przez całą dobę,  turystów też nie było zbyt dużo. Bez przeciskania się można było dojść pod samą Ścianę, gdzie wyznawcy z całego świata składają swoje intencje z którymi pielgrzymują do tego miejsca. Kartki z intencjami powtykane były w otwory w murze oraz leżały „kupkami” pod Ścianą. Nie napisałam żadnej kartki z intencją, więc odeszłam na bok i modliłam się w ciszy wpatrując się w mur. W pewnym momencie w małej szparze w murze dostrzegłam parę przytulających się gołębi. Siedziały tam niby schowane przed światem, a jednak wystawione na oczy wszystkich turystów. Znalazły sobie schronienie w jednym z najważniejszych żydowskich miejsc. Bardzo wzruszył mnie ten widok, poczułam się tak, jakby nagle ktoś wysłuchał moich modlitw…. Czy naprawdę? Okaże się z czasem…
 
pod Ścianą Płaczu
część kobieca
gołąbki na ścianie Płaczu

Straszny spacer

Po krótkiej modlitwie wyszłyśmy z placu czekając na chłopców modlących się męskiej części. Gdy przez dłuższy czas nie wracali, wyszłyśmy najbliższym wyjściem i znalazłyśmy się poza murami z przeciwległej strony starego miasta niż nasz hotel. Szłyśmy wzdłuż muru licząc, że wrócimy najbliższym wejściem. Nad Jerozolimą zaczęła nastawać ciemność. Idąc tak minęłyśmy kierunkowskaz do miasta Dawida, jednak nie wyruszyłyśmy tam, bo było już za późno. Doszłyśmy na wysokość cmentarza rozpościerającego się tuż za murami miasta, nad cmentarzem wznosiła się Góra Oliwna.
 
Doszłyśmy do najbliższej bramy: Herods Gate. Przy wejściu do starego miasta panował tłok. Brama była wąska na szerokość jednego samochodu, samochody korkowały się wyjeżdżając i wjeżdżając do miasta, musiałyśmy się przecisnąć między nimi, żeby udało nam się dostać za bramę. Mijając jedną z główniejszych ulic, zaczęłyśmy kierować się w stronę hotelu. Wąskie uliczki były już puste i nieoświetlone. Nie była to handlowa dzielnica, tętniąca tłumami. Gdzieniegdzie pojawiali się pojedynczy przechodnie patrząc nieprzychylnym wzrokiem na dwie samotnie spacerujące kobiety. Co jakiś czas mijałyśmy gromadki młodzieży (chłopców), zagadujących do nas niemiłym akcentem. Im dalej szłyśmy, tym robiło się ciaśniej i straszniej. Nie czułam się pewnie w tym otoczeniu. Nie do końca wiedziałyśmy dokąd mamy iść. Nie było znaków. Każde skrzyżowanie uliczek rodziło w nas jeszcze większą niepewność. 
 
Błądziłyśmy tak uliczkami aż nagle minęła nas zgarbiona postać w ciemnych szatach. To jakiś staruszek minął nas i ponaglająco pomachał ręką, żebyśmy poszły za nim.  Nie wiedziałyśmy co chce, ale zawsze raźniej było iść za kimś miejscowym. Szedł bardzo szybko. Ciężko było za nim nadążyć. Co jakiś czas oglądał się tylko, czy idziemy za nim. Mijał puste uliczki i zdziwione spojrzenia miejscowych. Doszliśmy do rozwidlenia uliczek, gdzie starzec wskazał nam ręką kierunek w którym mamy pójść, a sam poszedł w innym kierunku. Poszłyśmy ulicą dalej i doszłyśmy do jednej z głównych ulic, gdzie nadal tętniło życie handlowe. Poczułam się jakby wielki kamień spadł mi z serca. Naprawdę się bałam. Chciałam już wracać do hotelu.
Tego wieczoru po kolacji już nigdzie nie wyszłam. Miałam dość wrażeń jak na jeden dzień

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *