Camino de Santiago – moja droga

Camino daje Ci odpowiedzi, na pytania, których nigdy nie zadałeś

 

IMG_474912

Niektórzy mówią, że nie wiedzą, co ich ciągnie na Camino, ja nie powiem tego samego. Od początku wiedziałam po co wyruszyłam na miesięczną wędrówkę. To była dla mnie najważniejsza wędrówka w życiu, czas w którym mogłam zwolnić, poznać siebie, porozmawiać z Bogiem, a co najważniejsze, podziękować – bo to było moją intencją.

Santiago de Compostela jest trzecim, najważniejszym miejscem pielgrzymowania dla katolików – tuż po Jerozolimie i Waktykani. To hiszpańskie miasto, w którym spoczywają szczątki Świętego Jakuba.

Camino de Santiago, czyli droga Jakuba, przyciąga ludzi z całego świata. Powodów jest wiele: niektórzy pielgrzymują, by z łożyć mu w swoje prośby i podziękowania, jeszcze inni szukają sensu życia, chcą odpocząć od rzeczywistości czy po prostu pospacerować, bo tacy też tu są. Niektórzy idą przez kilka dni, inni miesięcy, wyruszając spod progu swojego domu. Każdy z nich ma swoją własną historię, która nie rzadko wywołuje wzruszenie i łzy. Tutaj ludzie się otwierają, zbliżają do siebie i zawierają przyjaźnie, bo droga temu sprzyja…

IMG_473212

Przed wyruszeniem na Camino wydawało mi się, że będę miała dużo czasu żeby przygotować się psychicznie i fizycznie.  Tak naprawdę obydwa aspekty są ważne, szczególnie, kiedy mamy do przejścia ponad 800 km.  Do Santiago  de Compostela prowadzi kilka szlaków, najsłynniejszym i najczęściej wybieranym jest Camino Frances.  Zamierzałam też nim podążać, jednak Bóg miał dla mnie inny plan.  Z Wrocławia wyruszyłam  z 12-kilowym plecakiem, którego waga codziennie przypominała mi, że to nie ma być łatwa wędrówka. Najpierw ponad 20 godzin samochodem z którego połowę czasu prowadziłam ja. Później autostop i chwila zawahania, bo kierowca powiedział, że co prawda nie jedzie na miejsce rozpoczęcia szlaku francuskiego, ale tam gdzie jedzie, można rozpocząć szlak północny. O Camino Norte słyszałam wcześniej, podobno był dużo piękniejszy, mniej bardziej komercyjny, więc pomimo całego przygotowania na inną trasę, w ostatniej chwili  stwierdziłam, że podążę za intuicją.

W deszczowy i chłodny dzień dojechałam do Irun – hiszpańskiej miejscowości, w której zaczyna się północna trasa.  Najpierw trzeba było zdobyć paszport pielgrzyma, który upoważnia do spania w Albergue, czyli specjalnych noclegowniach, w których każdego dnia wbijają pieczątki.  Kiedy dostałam swój paszport z pierwszą pieczątką, popłakałam się. Oznaczało to, że nie tylko moja ostatnia podróż była szczęśliwa i bezpieczna, bo w końcu idę za nią podziękować, ale również spełnię swoje kolejne marzenie- Przemierzyć szlak świętego Jakuba. miałam w sobie tak dużo emocji. Bałam się… bałam się że nie podołam fizycznie, że nie dam rady pokonać samotności (a tak bardzo chciałam być samotna).

Tak właśnie rozpoczęłam moją pielgrzymkę przez hiszpańskie góry, plaże, małe wioski, często oddalone od cywilizacji, miejsce w których czasami przez cały dzień nikogo nie wiedziałam… pielgrzymkę w bardzo kapryśną pogodę, która z minuty na minutę zmieniała się z piekącego słońca w ulewny deszcz…

IMG_451112

To nie była łatwa droga, w końcu nie taka miała być. Była długa i ciężka. Czasami byłam bliska poddania się i pojechania autobusem, czasami bałam się samotnych przejść przez lasy, czasami psychicznie miałam jej już dość…. Ale była to najcudowniejsza droga w moim życiu. I nie chodzi tylko o niesamowite widoki północnej Hiszpanii, jej gór i piękne zatoki z piaszczystymi plażami. Chodzi o czas… czas, którego zazwyczaj brakuje nam w życiu, gubimy go gdzieś zabiegani między pracą a innymi obowiązkami życia codziennego… nie umiemy go doceniać. Na Camino czasu jest wiele. W końcu znalazłam czas na bycie sama ze sobą, zastanowienie się nad życiem i kierunku, w którym zmierzam… Kiedy siebie miałam już dość, znalazłam czas na poznanie ludzi, którzy przybyli na Camino z całego świata.  Na Camino nie chodzi tylko o cel, ale o drogę samą w sobie, bo to właśnie tutaj wydarzają się najważniejsze rzeczy, duchowe odkrycia….

Ostatnie dni przed Santiago były bardzo ciężkie. Moje dotychczas niezłomne nogi pokryły się tysiącem pęcherzy i krwią, która z nich uciekała. Lepiej było iść, niż się zatrzymywać, bo każdy postój i ponowna próba ruszenia sprawiały jeszcze większy ból. Pal, który do tej pory był prawie bezużyteczny, stał się moim największym przyjacielem, obejmowanym tak mocno, że pęcherze wyskoczyły mi również na dłoniach. To miało swój cel. Dzięki temu, ze świetnie radzącej sobie osoby, wyprzedzającej wszystkich w ciągu dnia nagle stanęłam po drugiej stronie… po stronie tych, których wcześniej nie rozumiałam… tych którzy nie dawali rady z bólu i zmęczenia, którzy czasami potrzebowali pomocy. Teraz to inni musieli czekać na mnie. Pomimo tego, ze nie było fajnie, nagle stać się najsłabszym ogniwem w grupie, wiele mi to dało. Nauczyłam się empatii, która pozwalała mi zrozumieć innych. Nawet tych którzy  podjeżdżali autobusem. Czy gdybym teraz ja podjechała kawałek, to moje Camino byłoby nieważne. Nie podjechałam, ale przecież to nie o to chodzi. Nie liczy się kto ile przejdzie, ani jak szybko… Nie,  czy ktoś podąża oficjalnymi szlakami, czy nie… Każdy z nas ma swoje Camino, które jest w nas i to ono nas prowadzi…

 

 

Ostatnie dwa dni, kiedy dwie drogi schodzą się ze sobą, nogi już tak bardzo nie ciążą, nagle nasz błogi pielgrzymkowy spokój zmamienia się w idące tłumy Jesteśmy szczęśliwi, ale wszyscy chcemy już dojść, nasze miesięczne zmęczenie daje się we znaki.  Tego dnia telefon od mamy: moja kuzynka miała wznowienie białaczki. Moja dziękczynna pielgrzymka zaczęła mieć nowy charakter… święty Jakubie, proszę Cię o zdrowie dla Ewy, bo ja tak naprawdę niewiele potrzebuję, za to ona teraz tak.

Ostatniego dnia nie ciążyło już nic, nogi całe w pęcherzach jakby nagle przestały boleć. Nie przeszkadza nawet deszcz. Być może dlatego, że do przejścia tylko ok. 7 km, a może dlatego, że to już dziś! Za chwilę będziemy w Santiago.

Idę podekscytowana z uśmiechem na ustach, podśpiewując pod nosem.  Przechodzimy przez miasto, ostatnie kroki, ostatnie minuty… docieramy na plac… nie krzyczę, nie tańczę… stoję z uśmiechem a po policzkach spływają mi łzy… udało się. Jestem. Boże dziękuję. Zamiast na pamiątkowe zdjęcie wyruszam prosto do katedry, by jeszcze przed tłumami porozmawiać chwilę ze Świętym. Miałam mu tyle do powiedzenia, ale on przecież wszystko wie. Teraz  mogę mu tylko podziękować.

 

IMG_534012

 

Z mojego dziennika:

Dzisiaj minęła połowa mojej wędrówki. Czy czuję się odmieniona? Czy znalazłam odpowiedzi na pytania? Czy ich szukam? A może szukam ich zbyt słabo? Od dzisiaj każdego dnia będę bliżej Santiago. Będę bardziej bała się końca, bo koniec jest nieznany. Jeszcze kilka dni temu miałam plan na całe swoje życie… Przecież najprostszym sposobem na rozśmieszenie Boga jest powiedzenie mu o swoich planach…

Dzień 15. Ciało jest zmęczone, jednak umysł odpoczywa. Już się nie boję… Nie potrafię powiedzieć, gdzie będę w przyszłości, jednak czuję, że wszystko się ułoży, że wszystko ma jakiś cel, że Bóg ma dla mnie jakiś większy plan, dzięki któremu będę mogła również pomagać innym… Nie szukam już towarzystwa, czuję się dobrze sama ze sobą – psychicznie odpoczywam..

Dzień 17.

Moi trzej znajomi Niemcy rozdzielili się. Nie dlatego, że się pokłócili. Stwierdzili, że Camino jest miejscem, na którym trzeba poprzebywać jakiś czas tylko ze sobą…

Dzień 23

Kiedy czasami wydaje się, że gorzej być nie może, uświadamiamy sobie, że jednak może.. zaczęłam iść ledwo otwierając oczy i z całej siły ściskając pal, tak aby sprawiać sobie jak najmniej bólu…

 

 

IMG_448412

IMG_517412

5 thoughts on “Camino de Santiago – moja droga

  1. Naprawdę cie podziwiam kochana !! Czasami czuje ze tez powinnam udać się w taką podróż żeby poznać sama siebie …
    Trzymam kciuki za Ewę mam nadzieje ze będzie dobrze i tez za ciebie !! Udanej kolejnej podróży 🙂 czekam z niecierpliwością na kolejne posty :*

  2. Bardzo przyjemnie czytało się Twoje wspomnienia z wyprawy do Santiago. Moja mama przeszła drogę św. Jakuba kilka lat temu. Ja coraz częściej zastanawiam się, że może też powinnam się wybrać… Wprawdzie byłam w samym Santiago, ale nęci mnie ta „samotność” na trasie:). Z tego co czytałam, można trasę przebyć pieszo,rowerem lub konno. Kusi mnie piesza lub konna wędrówka… Zobaczmy co z tego będzie 🙂 Życzę powodzenia na kolejnych kilometrach!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *