Buenaventura – raj bez przyszłości

W trakcie tygodnia spędzonego w Cali postanowiłam zrobić sobie dwa dni wolnego od miasta i pojechać na plażę. Wiedziałam, że w środową noc, w stolicy saly niewiele się dzieje, więc  spokojnie mogłam wyjechać. Tylko 3 godziny drogi od Cali położona jest Buenaventura, to miasto z którego można popłynąć na jedne z najpiękniejszych, kolumbijskich plaż – tak przynajmniej twierdzą mieszkańcy. Zaczęłam szukać informacji w Internecie. Pierwsze, co pojawiło się na ekranie mojego komputera, to zdjęcia brzydkiego, portowego miasta i trupów leżących na plaży. -Cooo?!!! To ma być ta piękna atrakcja turystyczna? – pomyślałam i od razu pobiegłam do Julka prosząc o wyjaśnienie.

Buenaventura, z racji swojego portowego przeznaczenia słynie z wojen karteli narkotykowych, jest też najniebezpieczniejszym, kolumbijskim miastem, jednak podobno wystarczy dwie godziny na łodzi, by dopłynąć do miejsc położonych po środku niczego, z pięknymi, piaszczystymi plażami i miłymi mieszkańcami – wyjaśnił J.

Nie do końca rozwiało to moje możliwości, jednak pomimo strachu postanowiłam jechać. Wstałam o 4 rano, by dojechać na miejsce jak najwcześniej. Julek odwiózł mnie na przystanek. -Do zobaczenia jutro wieczorem – pożegnaliśmy się. Z niewyspania wsiadłam do nieodpowiedniego autobusu. Dopiero gdy wjechaliśmy w bardzo niebezpieczne okolice, zauważyłam, że to chyba nie jest droga na dworzec. Jak najszybciej wróciłam tym razem uważnie sprawdzając numery autobusów.

Na dworcu, za 20 000 pesos kupiłam bilet na pierwszego busa. Od razu do niego wsiadłam i szybko zasnęłam. Przebudzałam się co chwilę i wyglądałam za okno.  Miejsca, przez które przejeżdżaliśmy,  wyglądały tu tak pięknie, jak kolumbijskie wzgórza kawowe. Tu, na wybrzeżu znów widziałam biedę. Małe domki zbite z desek i płyt stały przy drodze. Dzieci co chwila wybiegały na ulicę usiłując coś sprzedać, dorośli siedzieli w cieniu popijając piwo. To się nazywa kolumbijska pracowitość.

Dojechaliśmy na miejsce. Ledwo wysiadłam z busa, a już zaczepił mnie młody chłopak, który wymachując mi przed oczami identyfikatorem przedstawił się jako pracownik kulturalny. Zaprowadził mnie do portu, tak abym nie musiała sama iść przez miasto. Wiedziałam, że jest to pracownik jednej z firm przewozowych, ale nie uśmiechał mi się samotny spacer przez Buenaventurę, szczególnie, że do odpłynięcia łodzi zostało mi 15 minut. Jeśli nie zdążymy, będę musiała czekać 3 godziny.

Szliśmy brudnymi  przemysłowymi ulicami, przeciskając się prze tłumy wpatrujących się we mnie przechodniów. Oj, nie chciałabym się tu znaleźć sama. Na pewno nie!

Chłopak zaprowadził  mnie do biura, w którym od razu kupiłam bilet w dwie strony i popędziłam na łódź.  Bilet to droga przyjemność, bo kosztował aż 55 000 pesos, czyli ponad 25 dolarów. To dużo.

Usadowiłam się na łodzi. Byłam tam jedyną turystką. – gdzie są wszyscy? – zastanawiałam się rozglądając dookoła.  Za chwilę dwóch zagubionych backackerów wsiadło do łodzi, jednak okazało się, że mają bilet z innej firmy, więc musieli z niej wysiąść. Odpłynęliśmy.  Przez prawie dwie godziny mogłam przyjrzeć się brzegowi. Gęste lasy i gdzieniegdzie dzikie plaże, bądź kilka luksusowych hoteli wybudowanych na brzegu. Przepiękne skały nagle wyrastające spod wody i cudowne jaskinie…. Bahia Malaga nie jest wyspą, jednak można dostać się do niej tylko drogą wodną. Od lądu otoczona jest lasami deszczowymi przecinanymi rzekami. Nie jest to też region odwiedzany często przez turystów. Omijają go ze strachu.

Dopłynęliśmy. Wysiadłam na molo. Od razu otoczyła mnie grupka chłopaków proponujących mototaxi. Mogłam zostać w Bahia Malaga bądź też pojechać dalej do La Barra, gdzie plaże podobno są dużo ładniejsze. To ponad dwie godziny pieszo. Można też podjechać mototxi i iść godzinę. Ominęłam wszystkich stojących na molo i podeszłam do młodego chłopca. –Taxi?- Zapytał. Przeszliśmy do negocjacji. Wiedziałam, że cena, jaką mi zaproponował, jest dwukrotnością normalnej stawki (jak zwykle odrobiłam pracę domową i przestudiowałam ceny przed przyjazdem). W końcu przystałam na tylko trochę wyższą. Wsiadamy na motocykl i jedziemy. Już nie pytałam o kask, wiedziałam, że tu nikt go nie używa.

Wyjechaliśmy z portu na piaskową drogę, wiodącą pomiędzy bardzo biednymi, zbudowanymi z desek domami. Dookoła ciekawskie twarze przyglądały się nam. Pewnie oczekiwały większej liczby turystów, a nie tylko mnie. Bo z czego mogą tu żyć, jak nie z turystyki, szczególnie w panującym tu obecnie sezonie zimowym. W  tym samym czasie rozglądałam się dookoła i zagadywałam mojego kierowcę.  –jak się tu żyje? – pytałam widząc zawalające się szopy i nagie, brudne dzieci biegające po błotnistej drodze.  – dobrze, dziękuję – odpowiedział kierowca. Zastanawiałam się, czy naprawdę jest tam szczęśliwy, czy tylko tak odpowiada….

Dojechaliśmy do rozwidlenia dróg. To tutaj. Za dalszą przejażdżkę musiałabym dużo dopłacić. Nie chciałam. Zresztą, bardzo chciałam się przejść w ciepłym, grzejącym słońcu i na spokojnie przyjrzeć się miejscowej ludności.

Podziękowałam kierowcy i zaczęłam mój samotny spacer. Nie czułam się pewnie. Wiedziałam, że na tej błotnistej drodze, pomiędzy oceanem, a  dżunglą jestem samotna. Przed oczami stanęły mi obrazy, które wcześniej wyświetliły mi się na ekranie komputera…. Jak najszybciej odgoniłam złe myśli, włączyłam muzykę i wyjęłam kanapkę. Szłam tak zasłuchana. Podjechał do mnie kolejny chłopak na motocyklu.

– taxi? – zaproponował. Podziękowałam. Nie byłam zmęczona i bardzo dobrze mi się spacerowało. – podwiozę Cię za 5 000 pesos – rzucił swoją cenę. uśmiechnęłam się z kanapką w buzi – mam ochotę się przejść – odpowiedziałam.

Chłopak nie dawał za wygraną. – to podwiozę Cię za darmo, w końcu i tak tam jadę – przekonywał.

Właściwie to nie chodziło o pieniądze, bo wciąż nie chciałam się zgodzić, ale w końcu, po krótkiej rozmowie przystałam na jego propozycję. Pedro był nauczycielem w miejscowej szkole, a przynajmniej tak się zaprezentował. Jego  też zapytałam o życie tutaj. – bardzo dobrze – odpowiedział automatycznie. Chwilowo nie drążyłam tego tematu, ale postanowiłam, że nie dam za wygraną.

Na razie dojechaliśmy do końca drogi, dalej prowadziła już tylko ścieżka, przez którą nawet przejście sprawiało problemy, nie mówiąc już o przejechaniu.

– jesteśmy – powiedział chłopak – tu na dole możesz wynajać pokój – wskazał na małą, obdrapaną budkę, położoną daleko od plaży i wszystkiego innego. – A nie ma innych miejsc, bliżej plaży? – zapytałam. – są ale, trzeba podejść dalej- odpowiedział…. Podejdziemy, przecież mamy czas. Przy każdym miejscu wybrzydzałam tak samo, aż skończyły mi się możliwości. Wybrałam domek oddalony zaledwie kilkadziesiąt kroków od plaży. Było w nim 4 łóżka, ale wszystkie dla mnie, bo dookoła żadnych turystów.

Rzuciłam rzeczy i wyszłam z zobaczyć okolicę. Poszliśmy na plażę. Tam doznałam kolejnego szoku. Na plaży stały pozostałości po dawnych domach: mury, belki, korzenie…. 4 miesiące temu woda zalała wszystkie domy – wyjaśnił Pedro. Ludzie musieli wybudować wszystko na nowo. – często tak się dzieje ? – zapytałam.

-Zazwyczaj nie, tak co 2 lata. Co jakiś czas poziom wody w oceanie gwałtowanie wzrasta. W związku z tym ludzie muszą cofać się w głąb lądu. Tylko dlaczego od razu nie przeniosą się dalej? Ponieważ nie mają tam już dużo miejsca. Za domami płynie rzeka, która oddziela ich od pozostałej części dżungli.

Doszliśmy do jedynego tutaj sklepu, przed nim, na plastikowych krzesłach siedzieli mężczyźni, popijając piwo. Tylko dlaczego nie sprzątną bałaganu z plaży, skoro nic nie robią. Przecież jakby plaże były ładne, przyjechałoby tu więcej turystów.

Minęliśmy ich idąc w głąb lądu. – schowaj kamerę – poprosił Pedro – mieszkańcy mogą nie być zadowoleni, ze robisz tu zdjęcia. Posłusznie wykonałam jego prośbę. Szliśmy pomiędzy drzewami i małymi domkami, mijając leżące dookoła śmieci…aż doszliśmy do rzeki. To właśnie granica, której bez łodzi nikt nie przekroczy. Nad rzeką staruszek we wcale nie młodszej łodzi odpływający od brzegu. Normalnie powiedziałabym, że chce szukać lepszego życia, ale w tym kierunku lepszego życia nie ma. Gdziekolwiek nie odpłynie będzie tak samo, a może gorzej… zawsze własna bieda jest lepsza… tu przynajmniej wszystko zna, tu czuje się bezpiecznie i do jedzenia też zawsze cos znajdzie…  ale to nie o staruszka chodzi… zawróciliśmy z Pedro. W sklepie kupiliśmy po piwie i z wyniesionymi plastikowymi krzesłami usiedliśmy w cieniu chroniąc się przed prażącym słońcem.  – Pedro – jak to naprawdę  jest – zapytałam – powiedziałeś, że życie tutaj jest dobre. Nie wygląda na takie. Wygląda na bardzo ciężkie – drążyłam temat.

-Pero spojrzał na mnie z powagą – wiesz, ja codziennie znajduję sobie jakieś zajęcie – odpowiedział – Uczę w szkole, chodzę na ryby, wożę turystów. Wszystko po to, żeby nie zacząć myśleć. Bo jak zacznę myśleć, w jakim miejscu żyję i jakie mam perspektywy na przyszłość, to zwariuję. Jestem tego pewien

Życie bez perspektyw, bo co można robić w miejscu oddalonym 2 godziny ładzią od cywilizacji. A jeśli już do niej dotrą, tam nic  na nich nie czeka poza kartelami narkotykowymi i codzienną walką o przetrwanie.  Pożegnaliśmy się z Pedro. Nie miałam siły ani ochoty nic więcej robić  tego dnia. Czułam się tak samo bezsilna, jak wszyscy pozostali pijący piwo pod sklepem. Położyłam się w hamaku i zaczytana w książkę, zasnęłam….

IMG_84821
dzieci idące do szkoły w La Barra


IMG_84941
pozostałości po zalanych domach

 

IMG_85231
mężczyzna sprzedajacy szkielety

 

IMG_85411

IMG_85461
domy mieszkalne w La Barra

 

IMG_85691
molo prowadzace do Bahia Malaga

 

IMG_85911

IMG_86121
chłopiec sprzedający jedzenie

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *