Boliwia – La Paz; najwyższa stolica

Zanim zaczniesz czytać włącz muzykę. Moje podróże bez niej wyglądałyby całkiem inaczej.

Obudziłam się z samego rana, by jak najszybciej opuścić wyspę i pojechać do La Paz. Zdecydowałam się na ten wyjazd tylko z powodu śpiwora, który chciałam kupić, bo w końcu w Boliwii wszystko jest tańsze. Poszłam nad rzekę w poszukiwaniu łodzi. Najbliższa odpływa o 9. Super jak dla mnie idealnie. Prawie idealnie, bo odpłynęliśmy godzinę później-przecież to całkiem normalne. W Copacabanie wsiadłam do autobusu i wyruszyłam do La Paz. Już po drodze widoki zaczęły się zmieniać, podziwiałam biedne domy i otaczające je szczyty pokryte śniegiem. Wjeżdżając do miasta, widziałam rozległą dolinę wypełnioną domami, a dookoła, góry. Wszystko wyglądało jak jeden, wielki plac budowy. Niedokończone budynki, bez dachów, porozrzucane cegły… jeden wielki nieład. Autobus zatrzymał
się na jakiejś ulicy. Wysiadamy. Nie wygląda to na dworzec a kierowca oznajmia, że to koniec naszej drogi. Nie wiedziałam, gdzie mam iść i co ze sobą zrobić. Wczoraj poznany Włoch polecił mi najbardziej imprezowy hostel świata, najbardziej, bo w hostelu mają również bar. Obiecał, że wieczorem do mnie dołączy. Nie miałam innych pomysłów, złapałam taksówkę, która za zdecydowanie zawyżoną kwotę podwiozła mnie pod hostel, jak się później okazało, pieszo bym szła ok. 15 minut. Wolne łóżka były, ale jak na La Paz, nie należały również do najtańszych. Po wczorajszym ciężkim dniu i dzisiejszym niezbyt przyjaznym nastawieniu, nie miałam ochoty szukać dalej. Rzuciłam soje rzeczy na łóżko i postanowiłam jak najszybciej wyjść. – Tylko nie idź nigdzie sama- ostrzegał jakiś turysta. Kilka dni temu okradli jedną dziewczynę z tego hostelu, tak w biały dzień — zachęcał.
No to sobie poszłam-pomyślałam. Na szczęście, odpowiednie osoby zawsze spadają nam z nieba.
– Hej! Cos słychać – zapytał mnie męski głos należący do brodatego chłopaka z opaską. – co robisz? Idziemy na miasto? – dodał
Nie zastanawiałam się ani przez chwilę, aby przypadkiem nie zmienił zdania.
Wyszliśmy. John pochodzi z Kanady, w drodze już od 6 miesięcy, a zamierza podróżować co najmniej kolejnych 6. Jego normalny budżet nie obejmuje tego hostelu, ale właśnie dostał tu pracę w barze. Zaczyna od jutra.

Poszliśmy na główny plac, gdzie roiło się od gołębi. Tak naprawdę nie wiedzieliśmy, gdzie powinniśmy iść. Postanowiliśmy wyruszyć na punkt widokowy, by
zobaczyć miasto z góry. Byliśmy wysoko, bardzo wysoko. Szliśmy powoli, bo co chwila się męczyliśmy. Chcieliśmy dotrzeć do kolejki linowej, która zabierze nas na szczyt. Nauczona  doświadczeniem, pytałam miejscowych o drogę. John wolał trzymać się swoich zasad i chodzić w kółko. To wcale nie IMG_61701znaczy, że moje były lepsze, bo co druga osoba wskazywała inny kierunek i pukała się w głowę, słysząc, ze chcemy iść tam pieszo. My się nie poddaliśmy. W końcu udało nam się dotrzeć do teleferiko, które tutaj funkcjonuje jak metro. Poza tym, że zamiast pod ziemią, przemieszcza się nad nią i gwarantuje niezapomniane widoki. Z góry dokładnie było widać nie tylko całe miasto i otaczające je szczyty, ale również to, co ludzie mają na podwórzach, w mieszkaniach, na dachach…. a mają naprawdę przeróżne rzeczy i wszystko to, co nie powinno się tam znajdować, bo jest najzwyklejszym śmieciem.
Dojechaliśmy na szczyt. Wysiedliśmy z teleferiko i od razu chciałam do niego wracać. Znaleźliśmy się w mało przyjemnej dzielnicy, z prawie pustymi ulicami wyłączając jakichś wyrostków.
Mimo wszystko postanowiliśmy znaleźć jakiś punkt widokowy. Nie ma. W oddali, na końcu ulicy zamajaczyła mi ambona. To musi być jakiś punkt. Idziemy!
Wieża widokowa była, niestety zamknięta na 4 spusty. Jednak nie po to tu przyszliśmy, aby podziwiać wierzę z dołu.
W dziurę w siatce przecisnęliśmy się do środka wprawiając stojących obok miejscowych w wielkie zdumienie. Pierwsze piętro, drugie, kolejne, im wyżej wchodziliśmy, tym schody bardziej się zwężały. Ludzie z dołu patrzyli na nas z podniesionymi głowami. Dalej nie wchodzę, zdecydowałam. Te widoki mi odpowiadają. Stanęliśmy podziwiając całe miasto skąpane w zachodzie słońca. Wielka dolina otoczona górami. B było w nim zarazem coś pięknego i coś, co nigdy nie pozwoliłoby mi tu zamieszkać. Wracamy.
Wróciliśmy do hostelu, znów co chwila pytając o drogę i korzystając z uprzejmości mieszkańców, którzy bardzo chcieli nam pomóc, obdarowywali owocami bądź chociaż chwilą rozmowy.
Na miejscu był już mój znajomy Włoch, który zdążył przyjechać z Isla del Sol. Tym razem nie wymigasz się od imprezy – powiedział z uśmiecham. Nawet nie próbowałam.
Impreza w hostelu była tak głośna, że nie było mowy o spaniu. To moja pierwsza noc podczas podróży z backapackerami… z całego świata. Dopiero teraz zobaczyłam, jak wygląda życie prawdziwego backpackera, który sypia w hostelach i imprezuje do białego rana. Zatęskniłam z moim zawsze spokojnym miejsce na CS, gdzie to ja decyduję kiedy imprezuję, a kiedy odpoczywam.. . O 1, gdy oczy nie dawały za wygraną, wróciłam do pokoju i bez względu na hałas, zasnęłam. Pozostali balowali do 6 rano.

 

IMG_61921

IMG_61851

IMG_61801

IMG_61741

 

 

IMG_62051

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *