Betlejem i Me’a She’Arim

Tego popołudnia głowie świtała mi tylko jedna myśl: Betlejem. Realnie nie było już czasu  aby tam pojechać. Jednak Bóg dał… Obcinaliśmy koszty więc wzięcie taksówki nie wchodziło w grę. Na szczęście mieszaliśmy naprzeciwko dworca autobusowego. Po przedyskutowaniu stwierdziłyśmy z mamą, że jest za późno i raczej nie uda nam się zdążyć przed zamknięciem kaplicy betlejemskiej, zamykanej o godzinie 17.00. Nasi towarzysze postanowili jednak spróbować i pomaszerowali na dworzec autobusowy. Po chwili dyskusji zdecydowałyśmy również, że nie mamy nic do stracenia. Najwyżej zaliczymy kolejną podróż miejscowym autobusem. Pobiegłyśmy na dworzec. Na Dworcu był tłok. Andrzej z Ryszardem jeszcze nie odjechali. Miejscowi po skończeniu pracy czekali na autobusy do swoich domów. Ciężko było znaleźć odpowiedni autobus, a jak już go znaleźliśmy, musieliśmy przepychać się do wejścia. Bilet kosztował 7 szekli. Nie był to bilet do samego Betlejem. Nie ma bezpośredniego połączenia pomiędzy Jerozolimą a Betlejem. Przez lata konfliktu Izrael i Autonomię Palestyńską oddziela granica. Tylko taksówkarze mogą tamtędy jeździć.
 

Betlejem

Droga autobusowa do Betlejem trwała ponad godzinę. Spodziewałam się kontroli na granicy, jednak tam nikt nawet nie zatrzymał. Wysiedliśmy na ostatniej stacji i zaczęliśmy zastanawiać się, jak dojść do kaplicy. Jak zwykle podszedł do nas taksówkarz, który wyjaśnił nam, że jest to bardzo, bardzo daleko i na pewno nie zdążymy przed zamknięciem. Zaoferował się zawieźć nas pod kaplicę,poczekać na nas i podwieź pod mur Palestyński. Za dodatkową opłatą przy postoju przy murze oczywiście. Nie mięliśmy wyjścia. Dojechaliśmy na miejsce 20 minut przed zamknięciem. Starczyło czasu na krótką modlitwę i ujrzenie żłóbka.  Gdy ujrzałam Stajenkę, cała moja wiara nagle się zachwiała. Stajenka Betlejemska okazała się nie być stajenką, tylko kościołem wewnątrz którego schodziło się do groty, która kiedyś była grotą betlejemską. Nie było żłóbka. W jego miejscu był tylko marmurowy kamień z wbudowaną złotą gwiazdą. To dlaczego przez tyle lat mówiono mi o stajence? Oczywiście wiem, że tradycja i opowieści sprzed kilku tysięcy lat mogą nieznaczenie odbiegać od rzeczywistości i tak naprawdę Jezus narodził się w Grocie skalnej nie w stajence, jednak przyzwyczajona byłam do wizualizacji stajenki.
 
stajenka betlejemska
 
Po wyjściu z kaplicy pojechaliśmy pod mur. Taksówkarz bardzo dobrze mówił po angielsku i opowiedział mi swój punkt widzenia dotyczący konfliktu palestyńsko-izraelskiego.
Gdyby to od niego zależało, nie byłoby wojny. Przecież wszyscy jesteśmy dziećmi Boga. Palestyńczycy nie mogą wyjeżdżać do Jerozolimy. Są tylko dwie sytuacje kiedy mogą dostać przepustkę graniczną: na pogrzeb, bądź do szpitala. W żadnej innej nie można im przekroczyć granicy. On ma 24 lata i tylko dwa razy w życiu był w Jerozolimie a jego 23-letnia żona jeszcze nigdy nie była. A przecież Jerozolima to też dla nich bardzo ważne religijnie miejsce i nie mogą go odwiedzać. Na domiar złego, Izraelczycy mogą wjeżdżać do Palestyny. Bez żadnej przepustki. Dlatego też taksówkarze izraelscy mogą wozić turystów do Betlejem. Nawet sama Jerozolima podzielona jest na dwie części. Oddziela je główna ulica, to tak jakby granica pomiędzy częściami Jerozolimy.
 
Mur palestyński wywarł na mnie olbrzymie wrażenie
 
 
Wracając do Jerozolimy czytałam przewodnik. Na jednej ze stron natknęłam się na opis Chasydów. Ortodoksyjni Żydzi żyjący z datków miasta, niepracujący zajmujący się tylko modlitwą przy ścianie płaczu. W przewodniku była krótka zmianka o dzielnicy którą zamieszkują w Jerozolimie: Me’a She’Arim. Do tej dzielnicy nie mogą wchodzić turyści. Przy wejściu do niej wisi tabliczka, że każdy kto nie będzie przestrzegał przepisów, zostanie obrzucony kamieniami.
– Chcę tam pójść- powiedziałam do mamy. Spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem – Jeszcze tam cię brakowało. Zapomnij o tym- odpowiedziała
Pozostałą część drogi powrotnej wczytywałam się w tych kilka zdań na temat tej dzielnicy. Tak bardzo chciałam odwiedzić zakazane miejsce. Nie przypuszczałam jeszcze wtedy, że moje życzenie spełni się aż tak szybko.
 
 
Me’a She’Arim
Gdy wróciliśmy do hotelu było już późno. Zjedliśmy kolacje i wspólnie rozmawialiśmy w jadalni. Do jadalni zszedł ok. trzydziestoletni mężczyzna, którego widziałam już wcześniej w hotelu. Jadł sam, więc najwidoczniej też sam podróżował. Mężczyzna miał czarne włosy, lekko zarośniętą brodę, ciemne oczy. Ciężko stwierdzić, czy był przystojny, jednak miał w sobie coś, co przykuwało uwagę. Przyglądałam się mu ukradkiem. Zauważył moje spojrzenie i odwzajemnij je uśmiechem. Po zjedzonym posiłku podszedł do mnie ochoczo zagadując. John, był amerykańskim dziennikarzem. Często przyjeżdża do Izraela pisać o nim artykuły. Jerozolimę zna jak własną kieszeń. Nie tylko obecną Jerozolimę, ale też całą jej historię. Ubiegłoroczne święta spędził w Betlejem.  
Było w nim coś, co bardzo mnie zaciekawiło. John nie miał wyglądu typowego Amerykanina. Wyglądem przypominał Żyda. Mimo, że nie przyznawał się do tego, czułam, że to właśnie jego pochodzenie tak ciągnie go w to miejsce.
Rozmawiając z Johnem wspomniałam o Chasydach i ich pilnie strzeżonej dzielnicy.
– chcesz tam iść? – zapytał
-o niczym innym tak nie marzę, ale wiem, że zbyt wyróżniałabym się od  nich-  oczami wyobraźni już widziałam siebie spacerującą po zakazanej dzielnicy
-Nie martw się, musisz tylko założyć ubrania podobne do ich-
Tylko skąd mam wziąć czarne workowate ubrania, skoro cała moja garderoba jest różnokolorowa. Spojrzałam na mamę. Siedziała w ciemnym polarze i długiej, czarnej spódnicy. Pożyczyłam  ten wykwintny strój. Na głowę założyłam moją ciemną chustę i  byłam gotowa na najniebezpieczniejszą wyprawę mojego życia.
 
 
Chasydzi maszerujący ulicami Jerozolimy
 
Tak naprawdę dzielnica Me’a She’Arim znajdowała się bardzo blisko naszego  Hotelu. Poszliśmy wzdłuż naszej ulicy a później odbiliśmy na północ, w małe kręte uliczki. Było już ciemno. Im bardziej wchodziliśmy w głąb uliczek, tym bardziej zmieniała się Jerozolima. W pewnym momencie doszliśmy do najważniejszego punktu: wejścia do Me’a She’Arim: na ścianie starej kamienicy wisiała tablica z napisem ostrzegającym przed wejściem kobiet nieskromnie ubranych: nieskromnie znaczyło Tyl, że nawet kawałek przedramienia nie może być odsłonięty. Mijając tą tablice poczułam dreszcze na całym ciele, a to co ujrzałam w głębi dzielnicy było fascynujące a zarazem zatrważające. Tak, jakbym przekroczyła granicę do innego świata. Stare, zaniedbane kamienice z odpadającym tynkiem, i ledwo trzymającymi się okiennicami, które najprawdopodobniej ostatnio były malowane podczas montowania, czyli kilkaset lat temu. Szliśmy główną ulicą, a między kamienicami porozwieszane były sznury z praniem. Cała dzielnica wyglądała jakby przeniesiona z dramatycznego filmu. Gdzieniegdzie stały samochody, jednak nie były nowoczesne , tylko kilkudziesięcioletnie stare graty. Nawet wózek, w którym kobieta wiozła dziecko, wyglądał, jakby był przedwojenny.   Wszędzie leżały śmieci. Nie były to śmieci porozrzucane w ciągu jednego dnia, lecz na pewno w dłuższym okresie czasu. Chasydzi nie mają czasu na pracę i sprzątanie, ponieważ są wybrani do opieki nad Ścianą Płaczu i modlitwy. Ze względu na późną porę, było mało ludzi na ulicach. Głównie mężczyźni z długimi brodami i zakręconymi pejsami, ubrani w czarne spodnie, białe koszule i czarne marynarki. Na głowach  kapelusze bądź jarmułki. Plotkowali na skrzyżowaniach dróg, dziwnie się nam przyglądając. W całej dzielnicy widziałam tylko kilka kobiet. One również miały  na sobie ciemne stroje, nie osłaniające nic zbędnego. Przez cały czas miałam spuszczoną głowę. Przechodnie dziwnie się mi przyglądali. Jakby nie zauważali Johna, który również ubrany na czarno, mimo nieposiadania pejsów i nakrycia głowy, bardzo pasował do nich wyglądem.
Przez cały spacer po Me’a She’Arim strasznie się bałam. Czułam się jak w strasznym filmie, gdy bohater nagle trafia do nieprzyjaznej dzielnicy i każdy jej mieszkaniec ma ochotę go zabić. Pomimo tego, że nikt nie usiłował mnie zabić, spojrzenia miejscowych jakby dawały mi znać, że jestem intruzem i powinnam jak najszybciej wyjść za granice dzielnicy, bo tutaj może spotkać mnie nieszczęśliwy wypadek.
 
W pewnej chwili skręciliśmy w wąską uliczkę, która na początku wyglądała jeszcze gorzej niż pozostałe, jednak później zaczęła coraz bardziej przypominać zwykłe izraelskie ulice. Idąc nią przez kilka minut, doszliśmy do głównej ulicy handlowej, gdzie znajdowały się butiki wszystkich najdroższych projektantów mody. Jak tak dwie różne dzielnice mogą istnieć obok siebie. Dzielnica ortodoksyjnych Żydów oraz dzielnica „rozpusty”, gdzie kobiety na pewno nie mają pozasłanianych rąk.
Spacerując z Johnem poszliśmy jeszcze na Stare miast. Spacerowaliśmy wąskimi uliczkami. John co chwila spotykał znajomych którzy witali się z nim i zapraszali nas na piwo. Na pewno nie czuł się tu obco. A ja właśnie tak się czułam. Chciałam jak najszybciej wrócić do hotelu i położyć się spać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *