Cochabamba – taneczna kultura Boliwii

Zanim zaczniesz czytać, włącz muzykę. Moje podróże bez niej nie byłyby takie same.

 

Nie pojechałabym do Cochabamba, gdyby nie festiwal tańców ludowych, który odbywał się właśnie tego dnia.

Już w taksówce okazało się, że moja znajomość z Nabilem, a przynajmniej to, czego mnie nauczył, nie poszło na marne.

– w Boliwii musisz dużo mówić – twierdził – nie ważne, czy to prawda, czy nie, ważne, żeby przełamać granice, które stawiają miejscowi w stosunku do przyjezdnych.

Nic lepiej ich nie łamie, jak świadomość, że coś ważnego łączy mnie z Boliwią. Chłopak to prawie jak narzeczony i prawie jak mąż, co czyni mnie PRAWIE Boliwijką. Tym razem w ten sam sposób, opowiadając o moim boliwijskim chłopaku – do którego miana został zdegradowany Nabil z pozycji męża, udało mi się zapłacić za taksówkę dużo niższą cenę. – Bien viaje, saniorita – powiedział na pożegnanie kierowca życząc miłej podróży.

dsc_22122
Cochabamba – miasto wszystkich

 

Kupiłam bilet na pierwszy i zarazem najtańszy autobus. 50 bolivianos i 8 godzin jazdy.  8 godzin przeciągnęło się do 10, w towarzystwie samych Boliwijczyków, papug i kur, które przez całe czas nie dawały mi zasnąć. W połowie drogi postój – czas na obiad i toaletę –  dziurę w ziemi z postawioną obok beczką do umycia rąk – jedna dla wszystkich,  Boliwia to państwo, gdzie higiena, ma drugorzędne znaczenie. Zaczynając od toalet, bo tutaj nikt ich nie potrzebuje. Długie, tradycyjne spódnice służą nie tylko ozdobie kobiet, ale umożliwiają również dyskretne załatwianie potrzeb w każdym miejscu. Wystarczy kucnąć, wysikać się, opuścić spódnicę i małym kroczkiem odmaszerować jakby nigdy nic, pozostawiając po sobie tylko zapach moczu, który jest najbardziej popularnym zapachem w tym kraju.

Z Sebastianem przy samochodzie udekorowanym do parady
Z Sebastianem przy samochodzie udekorowanym do parady

Była 16.00. O tej właśnie godzinie rozpoczynała się wielka parada taneczna. Już dawno powinnam dojechać do Cochabamba, jednak nic jeszcze tego nie zapowiadało. Kury i papugi wciąż wydawały te same dźwięki. Tylko autobus gorzej pachniał, ludzie byli mniej rozmowni za to przyglądali mi się z większym zaciekawieniem. Wszyscy chcieli już dojechać. Kiedy o 16.30 dojechaliśmy do miasta natrafiliśmy na paradę która przecinała naszą ulicę. Z okna autobusu mogłam usłyszeć graną muzykę i zobaczyć tancerzy. Tak bardzo chciałam być tam, na zewnątrz z nimi. Miałam ochotę zatrzymać autobus i wbiec na ulicę z całym moim bagażem. Musiałam dojechać na dworzec.  Tam, czekał na mnie Sebastian. Uśmiechnięty, niski jak każdy Boliwijczyk, jednak z bardziej hiszpańską, niż indiańską twarzą, moje przeprosiny z powodu spóźnienia przyjął mówiąc – tranquilo.

Sebastian  nie był zachwycony koniecznością uczestnictwa w festiwalu. Uważał, że to niebezpieczne miejsce, gdzie nie przychodzi nikt o zdrowych zmysłach. Już po chwili wiedziałam co miał na myśli. Aby dobrze zobaczyć tancerzy przemieszczających się ulicami,  musieliśmy przecisnąć się między tłumem gapiów, którzy bardziej niż sztuką tańca byli zainteresowani wypiciem kolejnego piwa i rzuceniem butelki gdzieś za siebie, nie zważając na to, gdzie i na kogo spadnie. Staraliśmy się omijać wszystko co było niebezpieczne, jednak graniczyło to z cudem. Pijani ludzie, którzy na pewno nie wytrwali już do końca nocy,  tam, gdzie mieli dobry punkt widokowy – siedzieli na krzesłach tuz przy samej ulicy, bądź plątali się pod nogami.

Udało nam się podbiec do przodu parady i tam spokojnie wbić się w pierwszy rząd. Przed nami grupami podzielonymi na Uniwersytety i rodzaje tańca przemieszczały się taneczne grupy.  Najbardziej zaciekawił mnie taniec Tinkuy – widziałam ten taniec pierwszy raz w życiu i już miałam okazję zobaczyć go prawie w całej swojej okazałości, tzn, z tą najważniejszą domieszką… alkoholu. Jeden z tańczących tak bardzo wczuł się w rytmy, a może raczej w alkohol, że co chwila wywracał się w tańcu zataczając po ziemi. Za każdym razem podnosił się i tańczył dalej – do kolejnego upadku.

dsc_21822

Patrzyłam tancerzy i w jednym momencie zapragnęłam być częścią tego szaleństwa. Ja nie potrzebowałam do tego alkoholu. Wbiegłam w kółko jednej z grup i zaczęłam z nimi tańczyć, wywołując najpierw ich zdziwienie, później ogólną radość spowodowaną moim przybyciem. W taki sposób mogłam choć przez chwilę należeć do miejscowej kultury, która jest tak różna od mojej własnej.  Kultury, którą ciężko mi zrozumieć, jednak szanuje ją i przyjmuję ze wszystkimi jej udziwnieniami.

dsc_22311
Miasto położone jest w dolinie. Wszędzie dookoła, brunatne góry….

 

dsc_21962
stroje tancerek kosztują do 300 dolarów
dsc_21732
Uczestniczka parady z boliwijską flagą

img_023912

img_02431
W Cochabamba znajduje się największa figura Chrystusa na świecie. Jest wyższa od tej w Rio de Janeiro o 1 cm.

 

One thought on “Cochabamba – taneczna kultura Boliwii

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *